"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

wtorek, 25 kwietnia 2017

Koniec

Będzie to prawdopodobnie ostatni post na tym blogu. Powód jest jeden - 21.04.2017r. Arka odeszła na drugą stronę Tęczowego Mostu.

Odeszła zdecydowanie za szybko i zbyt gwałtownie. Nie dała mi możliwości przygotowania się, zrozumienia, nawet odpowiedniego pożegnania. Zasnęła cicho, w nocy, daleko ode mnie, wśród obcych ludzi walczących o jej życie.

Jak to się stało?
9.04.2017, w niedzielę, moi rodzice, z którymi Arka została na weekend, wyciągnęli u niej kleszcza. O tym fakcie dowiedziałam się dopiero w środę, 12.04, kiedy to Arka była bardziej markotna. Od tego dnia przestała jeść. Nic jednak mnie nie zaniepokoiło, ponieważ zawsze była mocno smutna, gdy mój tata wyjeżdżał i zostawiał ją samą. Następnego dnia jednak miała już problemy z wstaniem, plątały jej się nogi, na dworze kładła się na trawie od razu. Wieczorem (po mojej pracy, z której nie mogłam się wyrwać) pojechaliśmy do weterynarza. Tak diagnoza jasna - babeszjoza. Natychmiast podano jej Imizol, dwa wlewy z NaCl (dożylnie i podskórnie) i inne leki. Już raz Arka pokonała babeszjozę, wierzyłam, że tym razem też się uda. Byłyśmy w końcu pod opieką jednych z najlepszych weterynarzy w Warszawie. Zdziwiło mnie tylko zesztywnienie i bardzo duża senność Arki - nie mogła ułożyć sobie wygodniej łapy... Wyniki badania krwi były nieciekawe, ale tak jest często na początku leczenia tej strasznej choroby.

Całą noc z czwartku do piątku miałyśmy nieprzespaną. Arka bezustannie wymiotowała, nie było z nią kontaktu - patrzyła w róg między ścianą a drzwiami bez reakcji na moje wołanie, musiałam bezwiednie prowadzić ją za obrożę. O 6 rano byłyśmy już w klinice, gdzie podano jej glukozę na wzmocnienie i lek przeciwwymiotny. Początkowo Arka dalej spała, jak dzień wcześniej. Jednak wraz z upływającą glukozą zaczęły pojawiać się silne halucynacje i agresja w stosunku do wszystkiego, co nie było mną. Nabrała niesamowitej siły, że miałam problemy z utrzymaniem jej na smyczy. Wyglądała jednak "trochę" lepiej, została więc pod opieką moich rodziców na czas mojej pracy. Wieczorem znowu kroplówki i leki, po których musiałam nieść ją na rękach do samochodu.

W Wielką Sobotę, 15.04. Arka była bliska zapadnięciu w śpiączkę. Straciła przytomność, nie było z nią kontaktu. Rano pojechaliśmy znów do kliniki, gdzie z miejsca została przyjęta do szpitala. Tam już została pod całodobową opieką, gdzie walczyli o jej szybki powrót do zdrowia.

Przez kolejne dni jej stan stopniowo się pogarszał, cały czas spadała liczba erytrocytów, bilirubina przekroczona była 100-krotnie! Weterynarze walczyli jak mogli, podawali kolejne leki, pytali o zgodę na podanie kolejnych ryzykownych, chemicznych leków... Mieli walczyć do końca, bez patrzenia na koszty.

Byliśmy u Arki 2 razy dziennie, podczas godzin odwiedzin. Spędzała większość dnia śpiąc, miała założony wlew dożylny i cewnik na stałe, by filtrować nerki. Była tak osłabiona, że pozwalała obcym ludziom na wszelkie zabiegi i czynności, poddawała się całkowicie. Normalnie byłoby to nie do pomyślenia, na obcych próbujących zbliżyć rękę do jej głowy reagowała strzałem zębami.

We wtorek, 18.04 bilirubina nieznacznie spadła, była więc nadzieja na poprawę. Niestety spadła znowu też liczba erytrocytów, pojawiła się silna aglutynacja czyli rozwinęła się silna autoagresja. Organizm Arki sam niszczył swoje komórki krwi...

W środę, 19.04 pojawił się duszności z powodu silnej anemii. Wykonano jej szybkie badanie krwi, które pokazało kolejny spadek liczby erytrocytów.
W czwartek Arka na naszej wizycie długo nie była świadoma, że jesteśmy obok. Potem poderwała się nagle i chciała do nas podejść, dysząc silnie. Jej widok i brak możliwości wyjęcia jej z klatki łamało mi serce...

W piątek rano, 21.04 o 8.00 dostałam telefon ze szpitala. że Arka nie przeżyła nocy. Na karcie wizyty podana była informacja o nieudanej próbie reanimacyjnej i zgonie w środku nocy. Czyli pare godzin po naszej ostatniej wizycie...

Nadal nie mogę uwierzyć, że jej nie ma. Że to faktycznie się stało, że jej więcej nie zobaczę. Nie mogę poradzić sobie ze smutkiem, pustką w sercu, przerażeniem podczas wchodzenia do cichego i pustego domu po pracy. Zbieram się wciąż w sobie by spakować jej rzeczy, by złożyć klatkę, ale nie mogę. Wciąż czekam aż przybiegnie, będzie piszczeć przy drzwiach by wyjść na spacer, będzie wciskać mi zabawkę do ręki. Nie mogę powstrzymać łez gdy przypomnę sobie jej mordkę, nawet teraz, gdy piszę te ciężkie słowa. Ale spisanie tego mi pomaga, chcę zachować pamięć o niej na zawsze.

Mam wiele wyrzutów do siebie. Może mogłam jeszcze lepiej ją zabezpieczyć przed kleszczami? Może trzeba było jechać dużo wcześniej do weterynarza? Może trzeba było lepiej się z nią pożegnać, gdy była ostatni raz w domu, a potem w krytycznym stanie w szpitalu?

Bardzo mi jej brakuje. Bardzo chciałabym jeszcze raz ją przytulić. Bardzo chciałabym się z nią należycie pożegnać...

Moja mała, biedna psinka. Moja Mała Czarna, Małe Czarne Zło. Mały szczeniaczek przemycony z Czech. Moja najwierniejsza przyjaciółka.

Oby znalazła ulgę po drugiej stronie.



Tak oto kończy się moja przygoda z Arką. Blog pozostanie dla pamięci o niej. Być może kiedyś, za pare lat, znów poczuję się na siłach by posiadać psa. Na razie za bardzo to boli.

Karty z wizyt i wyniki badań krwi. Dla mnie, aby nie zaginęło.