"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

wtorek, 16 grudnia 2014

Jak nie głowa to tyłek

Trochę zbierałam się żeby coś nowego napisać. Znów czekałam na rozwinięcie się paru wydarzeń. Dzisiaj jednak byłyśmy znów u weta, więc jest o czym pisać, do tego komentarz Katarzyny trochę mnie do tego zmotywował :)

Pierwsza kwestia - problemy neurologiczne. Powiem, że jest o wiele lepiej. Zniknęły dziwne zachowania, choć dobry stan utrzymuje się tylko na rygorystycznej diecie wątrobianej/nerkowej + Hepatilu. Po wprowadzeniu znów białka do diety pojawia się "inna" Arka - po prostu reakcje są inne, bardziej nerwowe.
Trochę rozmawiałam o naszym przypadku z wetami i każdy ma inną opinię, niektórzy nawet wiele. Nie wygląda to na typowe zespolenie wrotno-czcze, bo nawet najlepszy specjalista od USG, z najczulszym sprzętem nie odnalazł przetrwałej żyły w wątrobie. Jednocześnie jednak amoniak szaleje, skacze i niszczy układ nerwowy. Dieta też pomaga, więc wskazuje to na jakieś problemy z przyswajaniem białka, na niewłaściwy metabolizm. Bardzo możliwe, że to jest nasza diagnoza.

Co do drugiej kwestii, kulawizny, teraz bardziej się nią zajmuję przy unormowanym stanie głowy :)
Najpierw wróciłam do poprzedniego weterynarza, gdzie odmówiłam dalszego obciążania psa przeciwzapalnymi i poprosiłam po prostu o zdjęcia, żeby zobaczyć co jest w środku. Kolano i więzadło krzyżowe wygląda ok. Na kręgosłupie lędźwiowym widać odrobinę zwężoną przestrzeń miedzy dwoma kręgami, do tego jakby przesunięcie jednego z kręgów w kierunku klatki piersiowej. Lekarz nawet zaczął straszyć mnie początkiem spondylozy, który niby zobaczył na tym kręgu, choć ja nie widzę żadnego zęba kostnego... Diagnoza ogólnie mało ciekawa, jedyne, co był w stanie mi pan powiedzieć, że może podać dalej przeciwbólowe i przeciwzapalne i tyle. Podziękowałam.

spondyloza?

zwężenie kręgów

Poszłyśmy do dr Lipińskiego, wet-ortopedy. Badanie fizykalne nic nie wykazało, łapa normalnie pracuje, więzadło ok, stawy biodrowe też, trochę Arka reagowała przy paliczkach, ale to niepewne. Mięśnie są symetryczne, bez zaników w problematycznej łapie. Trochę to już nawet zabawne, gdy kolejny wet mówi o "dziwnym przypadku" :) Dostałyśmy więc jedną dawkę Trocoxilu, który ładnie działał 2 tygodnie - kulawizna znikła, pojawiła się tylko 3 razy na krótki czas. Dzisiaj byłam na kolejnej wizycie, na której badanie ortopedyczne dalej nic nie wykazało. Dlatego dostałyśmy kolejną dawkę Trocoxilu, tym razem działającego miesiąc. Co potem wyjdzie, zobaczymy, jak kulawizna wróci to zrobimy kolejne zdjęcia.



Martwi mnie trochę ten specyfik, bo czytając różne opinie, jak i ulotkę leku mam świadomość, że to niebezpieczna rzecz. Potrafi uszkodzić wątrobę i nerki, nawet spowodować blok serca. Ale ortopeda był poinformowany o terapii wątrobowej Arki i nie widział przeciwwskazań. Mi pozostaje mieć nadzieję, że przyniesie on oczekiwane rezultaty bez żadnych skutków ubocznych.

Na marginesie powiem, że w przeciągu paru lat Bordery stały się niesamowicie popularne. Kiedyś w mojej odległej dzielnicy byłam jedyną właścicielką BC, teraz są co najmniej 2 lub 3. Co chwila na ulicy można jakiegoś spotkać, nie mówiąc o sławetnym Polu Mokotowskim. Nawet u weta pewna technik/studentka/pomoc weterynaryjna zaczęła ze mną rozmawiać o liniach hodowlanych opowiadając jakie to Bordery do nich przychodzą... Niedługo będzie je częściej widać na ulicach niż Yorki czy ONki...

Dygresją numer dwa będzie, że choć jeżdżę z Arką po wetach ile potrzeba, wydaję pieniądze i marnuję czas, to zawsze znajdzie się w rodzinie taki ktoś, kto będzie wiedział lepiej i zarzuci mi nieodpowiednią opiekę. Bo na pewno to wszystko przez złą karmę, za mały/za intensywny ruch itd. Smutne.

Smutnym faktem numer trzy są koszta. Niby każdy biorąc psa pod swoje skrzydła jest świadom, że kiedyś może być potrzebne leczenie. Ja również się na to szykowałam. Dlatego mimo, że każda wizyta kosztuje mnie co najmniej 100zł, czasami nawet 200zł lub 300zł, do tego specjalistyczna karma, paliwo, czas itd., to nie użalam się nad sobą. Jeszcze mam oszczędności, jeszcze mam jak płacić za to Małe Problematyczne Zło. Problem jest inny. W ludziach, którzy wykorzystując moje dobre serce i chyba po prostu naiwność mają tyle czelności, by pożyczać u mnie pieniądze, a potem wymigiwać się od oddania ich, choć wiedzą jak mi teraz ciężko i że nawet te głupie 100zł dużo zmienia. "Miło" jest widzieć, jak niby stara dobra znajoma przestaje się odzywać i przyznawać do ciebie po 3 próbie spotkania się w celu oddania pieniędzy. Przestaje pytać co u psa, proponować treningi czy po prostu pogaduchy. Bo co, bo mnie stać? By być fundacją charytatywną? Co z tego, że tyle pomagałam w różnych kwestiach, z dobrej woli poświęcałam czas.  Niestety człowiek uczy się na błędach, teraz wiem komu nie ufać, u kogo się nie szkolić i kogo nie polecać do szkolenia psa. Następnym razem lepiej wybiorę klub obedience.
Bulwersuje mnie to strasznie i choć normalnie nie przeklinam, w tym momencie by się chciało, bo chamstwo szerzy się na potęgę. A na Facebooku niby wstawia się obrazki i posty o zaufaniu i fałszywych ludziach, o ironio!