"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

wtorek, 16 grudnia 2014

Jak nie głowa to tyłek

Trochę zbierałam się żeby coś nowego napisać. Znów czekałam na rozwinięcie się paru wydarzeń. Dzisiaj jednak byłyśmy znów u weta, więc jest o czym pisać, do tego komentarz Katarzyny trochę mnie do tego zmotywował :)

Pierwsza kwestia - problemy neurologiczne. Powiem, że jest o wiele lepiej. Zniknęły dziwne zachowania, choć dobry stan utrzymuje się tylko na rygorystycznej diecie wątrobianej/nerkowej + Hepatilu. Po wprowadzeniu znów białka do diety pojawia się "inna" Arka - po prostu reakcje są inne, bardziej nerwowe.
Trochę rozmawiałam o naszym przypadku z wetami i każdy ma inną opinię, niektórzy nawet wiele. Nie wygląda to na typowe zespolenie wrotno-czcze, bo nawet najlepszy specjalista od USG, z najczulszym sprzętem nie odnalazł przetrwałej żyły w wątrobie. Jednocześnie jednak amoniak szaleje, skacze i niszczy układ nerwowy. Dieta też pomaga, więc wskazuje to na jakieś problemy z przyswajaniem białka, na niewłaściwy metabolizm. Bardzo możliwe, że to jest nasza diagnoza.

Co do drugiej kwestii, kulawizny, teraz bardziej się nią zajmuję przy unormowanym stanie głowy :)
Najpierw wróciłam do poprzedniego weterynarza, gdzie odmówiłam dalszego obciążania psa przeciwzapalnymi i poprosiłam po prostu o zdjęcia, żeby zobaczyć co jest w środku. Kolano i więzadło krzyżowe wygląda ok. Na kręgosłupie lędźwiowym widać odrobinę zwężoną przestrzeń miedzy dwoma kręgami, do tego jakby przesunięcie jednego z kręgów w kierunku klatki piersiowej. Lekarz nawet zaczął straszyć mnie początkiem spondylozy, który niby zobaczył na tym kręgu, choć ja nie widzę żadnego zęba kostnego... Diagnoza ogólnie mało ciekawa, jedyne, co był w stanie mi pan powiedzieć, że może podać dalej przeciwbólowe i przeciwzapalne i tyle. Podziękowałam.

spondyloza?

zwężenie kręgów

Poszłyśmy do dr Lipińskiego, wet-ortopedy. Badanie fizykalne nic nie wykazało, łapa normalnie pracuje, więzadło ok, stawy biodrowe też, trochę Arka reagowała przy paliczkach, ale to niepewne. Mięśnie są symetryczne, bez zaników w problematycznej łapie. Trochę to już nawet zabawne, gdy kolejny wet mówi o "dziwnym przypadku" :) Dostałyśmy więc jedną dawkę Trocoxilu, który ładnie działał 2 tygodnie - kulawizna znikła, pojawiła się tylko 3 razy na krótki czas. Dzisiaj byłam na kolejnej wizycie, na której badanie ortopedyczne dalej nic nie wykazało. Dlatego dostałyśmy kolejną dawkę Trocoxilu, tym razem działającego miesiąc. Co potem wyjdzie, zobaczymy, jak kulawizna wróci to zrobimy kolejne zdjęcia.



Martwi mnie trochę ten specyfik, bo czytając różne opinie, jak i ulotkę leku mam świadomość, że to niebezpieczna rzecz. Potrafi uszkodzić wątrobę i nerki, nawet spowodować blok serca. Ale ortopeda był poinformowany o terapii wątrobowej Arki i nie widział przeciwwskazań. Mi pozostaje mieć nadzieję, że przyniesie on oczekiwane rezultaty bez żadnych skutków ubocznych.

Na marginesie powiem, że w przeciągu paru lat Bordery stały się niesamowicie popularne. Kiedyś w mojej odległej dzielnicy byłam jedyną właścicielką BC, teraz są co najmniej 2 lub 3. Co chwila na ulicy można jakiegoś spotkać, nie mówiąc o sławetnym Polu Mokotowskim. Nawet u weta pewna technik/studentka/pomoc weterynaryjna zaczęła ze mną rozmawiać o liniach hodowlanych opowiadając jakie to Bordery do nich przychodzą... Niedługo będzie je częściej widać na ulicach niż Yorki czy ONki...

Dygresją numer dwa będzie, że choć jeżdżę z Arką po wetach ile potrzeba, wydaję pieniądze i marnuję czas, to zawsze znajdzie się w rodzinie taki ktoś, kto będzie wiedział lepiej i zarzuci mi nieodpowiednią opiekę. Bo na pewno to wszystko przez złą karmę, za mały/za intensywny ruch itd. Smutne.

Smutnym faktem numer trzy są koszta. Niby każdy biorąc psa pod swoje skrzydła jest świadom, że kiedyś może być potrzebne leczenie. Ja również się na to szykowałam. Dlatego mimo, że każda wizyta kosztuje mnie co najmniej 100zł, czasami nawet 200zł lub 300zł, do tego specjalistyczna karma, paliwo, czas itd., to nie użalam się nad sobą. Jeszcze mam oszczędności, jeszcze mam jak płacić za to Małe Problematyczne Zło. Problem jest inny. W ludziach, którzy wykorzystując moje dobre serce i chyba po prostu naiwność mają tyle czelności, by pożyczać u mnie pieniądze, a potem wymigiwać się od oddania ich, choć wiedzą jak mi teraz ciężko i że nawet te głupie 100zł dużo zmienia. "Miło" jest widzieć, jak niby stara dobra znajoma przestaje się odzywać i przyznawać do ciebie po 3 próbie spotkania się w celu oddania pieniędzy. Przestaje pytać co u psa, proponować treningi czy po prostu pogaduchy. Bo co, bo mnie stać? By być fundacją charytatywną? Co z tego, że tyle pomagałam w różnych kwestiach, z dobrej woli poświęcałam czas.  Niestety człowiek uczy się na błędach, teraz wiem komu nie ufać, u kogo się nie szkolić i kogo nie polecać do szkolenia psa. Następnym razem lepiej wybiorę klub obedience.
Bulwersuje mnie to strasznie i choć normalnie nie przeklinam, w tym momencie by się chciało, bo chamstwo szerzy się na potęgę. A na Facebooku niby wstawia się obrazki i posty o zaufaniu i fałszywych ludziach, o ironio!

środa, 12 listopada 2014

Co tam pani z mózgiem moim?

Trochę się nadziało. Na tyle intensywnie, by nie było czasu opisać to na bieżąco, choć w niektórych sprawach wolałam poczekać na ostateczny rozwój wydarzeń, by wiedzieć do końca co się dzieje.

Arki psychika zaczęła się drastycznie pogarszać. W zasadzie po jej 5 urodzinach codziennie były bardzo dziwne zachowania, była nie do poznania. Nie było jednak żadnego kolejnego ataku na mnie czy innego domownika. Aż do czasu. Arka zaatakowała Pandorę, naszego Maine Coona, którego zna od jakichś 2-3 lat. Zawsze świetnie się dogadują, piją wodę z jednej miski (jedzenia Arka zawsze broni i tu akurat się nie kłócę), śpią na jednej kanapie, no ogólnie zgrana para. Zresztą jedna Mała Czarna, druga Wielka Biała :) Tym bardziej niesamowitym szokiem było, gdy schodząc na pierwsze siku po schodach, zaatakowała najzwyczajniej w świecie siedzącego sobie kota - gdyby nie odciągnięcie jej siłą, prawdopodobnie zrobiłaby jej poważną krzywdę. Jeszcze jeden raz, to można jakoś tłumaczyć, że może coś się wydarzyło, kot ją zaczepił, czy coś - ale gdy wracała ze spaceru zaatakowała drugi raz. Kto zna Bordery ten wie, że są to psy nie do zatrzymania gdy są w akcji. I tak samo tym razem kot nie miał szans na ucieczkę i dopiero szybka reakcja pozwoliła mu jakoś się uratować. Największym szokiem było, gdy Arka następnego dnia normalnie spała na moim łóżku mord w mordę z tym samym kotem...


kot większy od psa...
To wydarzenie było impulsem, który spowodował, że zaczęłam szukać pomocy u pani Anety (naszej weterynarki). Ta, przerażona moimi opowieściami, znając wyniki 4 badań amoniaku, 2 USG i próby obciążeniowej kwasów żółciowych rozłożyła ręce. To przypadek, który się filozofom nie śnił, bo niby dużo wskazuje na zespolenie wrotno-oboczne, ale jednak nie da się go udowodnić. Skonsultowałam się nawet z panią Ireną Iracką w celu ewentualnego dobrania psychotropów, bo sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Ta jednak najpierw podpowiedziała mi jedną rzecz, o której sama nie pomyślałam - by udać się do zwierzęcego neurologa.

Traf chciał, że całkiem niedaleko mnie przyjmuje na prawdę dobra (przez co i oblegana) wet-neurolog. Udało się do niej dostać całkiem szybko i w ten sposób zaczęłyśmy nowy etap diagnozowania przypadku Arki. Po bardzo długim i szczegółowym wywiadzie (jak dobrze, że podstawową wiedzę na temat niektórych chorób mam, to rozmawiało się lepiej), po krótkim badaniu (nigdy nie widziałam jak mierzy się u psa ciśnienie...) dostałyśmy wytyczne i trochę informacji. Jak na razie staramy się potwierdzić lub wykluczyć zespolenie, bo wyniki z SGGW są bardziej prawdopodobne od tych z Laboklinu, nawet mimo poprawnego USG, wykonanego przez jednego z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w Polsce. Dlatego też Arka obecnie jest na diecie weterynaryjnej Purina NF i Hepatilu dla jak najmocniejszego obniżenia amoniaku we krwi. Jeżeli to się nie powiedzie, jeżeli nie uda się potwierdzić lub wykluczyć tej choroby, pozostanie zrobić rezonans w poszukiwaniu wodogłowia - wrodzonego lub nabytego. Na szczęście nigdy nie było ataków grand mal - co do petit mal to niestety do końca nie wiadomo, bo potrzebne jest podłączenie psa do aparatury podczas jego trwania dla potwierdzenia.

Obecnie minął już miesiąc terapii. Nie pojawiły się żadne kolejne ataki pomijając jedno obszczekanie wiadra w ciemnej piwnicy. Psica ogólnie uspokoiła się, nawet powiedziałabym, że za bardzo - stała się trochę leniwa, jak nie ospała. Niestety to też nie jest dobry znak i po telefonie do wet-neurolog znów rezonans zbliża się coraz bardziej. Na razie trwa dalsza obserwacja, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Dodatkowo, niedawno Arka zaczęła mocno kuleć na tylną nogę. Sprawa dziwna, bo nie wykonywała żadnych niebezpiecznych ruchów, 4 lata temu zdjęcie rtg też pokazało ładne biodra. Dlatego zaniepokojona znów zapakowałam psa do samochodu i pojechałam do kolejnego weta (Arka zaczęła się już bać wchodzić do samochodu...). Tym razem skończyło się na 4 dawkach przeciwzapalnego i przeciwbólowego leku. Jak na razie jest dobrze, choć będę ją obserwować, czy nic nie wraca. Najdziwniejsze było to, że Arka nie przeszła badania polegającego na odwiedzeniu palców łapy do tyłu i zobaczeniu czy pies poprawi ją do normalnej pozycji - u niej łapa została w miejscu. Do tego nie reagowała na ból w opuszkach. Trochę to wyglądało jak uszkodzenie kręgosłupa, udar czy coś jeszcze dziwniejszego. Jednak teraz to również się poprawiło, miejmy nadzieję, że na stałe.
Żałuję tylko, ze wet nie zgodził się na rtg, ale to nie ucieknie.

Ciekawa jestem co z tego w końcu wyjdzie...

sobota, 11 października 2014

5 urodziny!

Dzisiaj Arosława skończyła 5 lat :) Kiedy to wszystko minęło, wciąż pamiętam ją jako małego szczeniaczka przemycanego przez granicę...
Teraz to już poważna pannica, czasami tylko przyłoży mi łapą w twarz na "dzień dobry" lub bawi się podrzucając sobie piszczącą świnkę :)
Taki mały wariacik z niej. Mimo różnych kłopotów i jednak niespełnionych marzeń, cieszę się, ze jest ze mną.
Sto lat Mała Czarna!

poniedziałek, 6 października 2014

Przesadna miłość do zwierząt

Trochę czasu minęło od mojego ostatniego postu :) Jednak bardzo intensywne życie w jakiś sposób uniemożliwiło mi napisanie czegoś - a chodziły mi pewne myśli po głowie od dłuższego czasu.
Dużo się wydarzyło w tym czasie. W zasadzie... dużo złego. Ostatnio mam wrażenie, że moje posty są coraz bardziej napełnione negatywnymi emocjami, żalem, smutkiem czy bezradnością. Jednak wylewanie takich myśli tutaj pomaga mi poradzić sobie z tymi niewesołymi przeżyciami związanymi z Arką (a czasami innymi zwierzęcymi domownikami). Dlatego, Drogi Czytelniku, mam nadzieję, że to zrozumiesz.
Pierwsza sprawa - psychika Arki. Dla osób znających mnie osobiście, z zawodów czy choć trochę przez internet jasne jest, że ma ona duże problemy psychiczne, pogłębiające się wraz z czasem. Często zastanawiałam się kiedy jej nieprzewidywalność i bardzo szybkie, dziwne reakcje zaczną być niebezpieczne. I niestety nadszedł ten moment. Arka zaatakowała mnie - osobę, której najbardziej zawsze ufa. To ja pomagałam jej zaufać światu przez zaufanie mi, przełamywałam jej bariery, łamałam schematy zamykania się w pułapce strachu. Te wydarzenie na prawdę mnie zszokowało, zwłaszcza, że nie było w żaden sposób uzasadnione. Dlatego, ponieważ jej zachowanie zaczyna stawać się zbyt niebezpieczne dla otoczenia jak i nie do opanowania przeze mnie z powodu nieprzewidywalności, zaczynam na poważnie zastanawiać się nad psychotropami. Choć to bardzo trudna dla mnie decyzja i na pewno nie podejmę jej szybko...
Druga sprawa - mój stary kot. Niestety, posiadanie zwierzaków to nie tylko zabawa, radość z żyjątka przebywającego w tym samym mieszkaniu, dbanie o niego, ale też branie odpowiedzialności i podejmowanie decyzji, czy ulżyć mu czasami w cierpieniu czy nie. Jeden z moich kotów dożył ze mną parunastu lat i niestety, po paru dniach męczarni, przyszedł czas ulżenia mu i pożegnania się ostatecznie... Takie momenty są dla mnie wyjątkowo bolesne, nie da się tego nawet wyrazić słowami. Co więcej, łzy w oczach pani Anety podczas podawania ostatniego zastrzyku potwierdziły mi, że nie tylko ja posiadam takie serce do zwierząt.
A czemu taki tytuł postu? Trochę może niezwiązany z wcześniejszymi akapitami. A może trochę jednak tak. Zawsze uważałam się za miłośniczkę zwierząt, z duża dawką zdrowego rozsądku. Nie wyobrażam sobie oddać Arki z powodu niespełnienia moich oczekiwań sportowych. Nie mogłabym znieść widoku cierpiącego zwierzęcia, ale też eutanazji tych jeszcze zdolnych do spokojnego życia.
Choć wiem, że niektórym trochę brakuje zdrowego rozsądku. Na tyle kochają zwierzęta, że zaczynają zastępować sobie nimi ludzi w swoim najbliższym otoczeniu - stają się rodziną i przyjaciółmi. Nie mają umiaru nie tylko w dokarmianiu ich i kupowaniu miliona drobiazgów, ale też w ilości zwierząt przygarnianych pod jeden dach. Czy jest to złe? Jak dla mnie tak. Bo przekarmiany pies zacznie chorować, a zbyt duża ilość kotów na metr kwadratowy też nie wróży niczego dobrego.
Czasami w internecie można spotkać grasujące kobiety (ciekawe, że bardzo rzadko kiedy są to mężczyźni), które starają się na siłę ratować każdego biednego pieska, koniecznie odbierać go rodzinie i szukać nowego domu lub dać do domu tymczasowego. Zabawne dla mnie jest też stawianie bardzo wygórowanych wymagań wobec przyszłych właścicieli psiaka ze schroniska - nie wystarczy mieć budy lub posłania, pełnych misek czy dobrego ogrodzenia, trzeba mieć niesamowicie więcej... Nadgorliwość gorsza od faszyzmu, ktoś kiedyś pięknie powiedział...
Uważam, że zwierzęta są wspaniałe. Mi akurat najbardziej podpasowały psy, z wielu względów. Jednak nigdy psy nie zastąpią mi prawdziwej, kochającej i wspierającej rodziny, nigdy nie zastąpią godzin rozmów i wygłupów z przyjaciółmi czy miłości z ukochanym. Są w stanie kochać bez warunkowo, są w stanie pomagać człowiekowi, pracować dla niego - prawda i to wszystko czyni je tak wspaniałymi. Ale jak dla mnie zastępowanie nimi ludźmi nie jest prawidłowym zachowaniem człowieka. A niestety coraz częściej widzę to w środowiskach "psich". Takie tam moje przemyślenia na ten październikowy wieczór.

sobota, 9 sierpnia 2014

Między wyjazdami...

Lato to taki piękny czas, gdy można pobyć zdecydowanie więcej poza domem niż w nim. Sama mimo bardzo napiętego ostatnio grafiku postanowiłam zaplanować sobie nawet nie jeden, a trzy wyjazdy. Jednym z nich był (bo dzisiaj się własnie skończył :) ) wyjazd z Arką nad jeziora. Zrobił się z tego prawie zwyczaj, bo to już trzeci rok, gdy szukam idealnego domku nad jeziorem, w lesie do wynajęcia. I tym razem udało się odnaleźć coś fajnego, dzięki czemu pańcia miała okazję ogrzać się trochę na słoneczku i popływać w czystych jeziorach a psica biegać po bezkresnych lasach i ratować rzucane zdecydowanie za daleko do wody zabawki :)
Wreszcie trochę radości w życiu :)
Była to też okazja do sprawdzenia jak bardzo zmieniła się psychika Arki. Momentami było jak zwykle - pełna radości, ze schizą na punkcie wody, wpatrująca się głęboko w oczy żeby rzucić jej patyczek lub piłeczkę jeszcze raz. Ale bywały i dziwne momenty. Każdego dnia chodziliśmy do innej knajpki na obiad i każdego dnia pies reagował inaczej - raz bardzo spokojny, zwinięty w kłębek pod stołem, raz bardzo nerwowy i drażliwy. Innym dziwnym zachowaniem było zaatakowanie powietrza - psica nagle zerwała się, napuszyła cała i zaczęła ujadać kręcąc się w kółko, atakując zębami powietrze, gdzie dosłownie nic nie było, nawet motylka... Takie momenty są na prawdę dziwne dla mnie, zwłaszcza, że Arka coraz częściej robi się nieprzewidywalna.
Wodny potwór :)
Niezmiennie, starałyśmy się po prostu odpocząć. Puste lasy na to pozwalały, choć nieliczni mijani turyści oczywiście bardzo koniecznie musieli chcieć pogłaskać takiego ślicznego psiaka -.- Niestety śliczne to bardzo, ale w mózgu ma równie ładną sieczkę :)
<3
Co do miłości do wody, to czasami zastanawiam się, czy Arka nie chciała kiedyś być Retrieverem :) Niesamowite, jak ciągnie ją do każdej wody, czy to kałuży (po drodze musi wejść do każdej), czy do rzek i jezior. Gdy tylko zwietrzy wodę, pędzi do niej nie zważając na nic. Jedynie bardzo silne komendy mogą ją wtedy zatrzymać i widać w oczach ten ogromny smutek... Inna kwestia to uwielbienie do aportowania lub chociażby trzymania w paszczy drobnych kijaszków przez całą drogę.
Mała wydra
Inaczej niż w zeszłym roku, tym razem nic nie ćwiczyłam z psem. Dałam jej spokój od jakiegokolwiek chodzenia przy nodze, zmiany pozycji, aportu itd. Mówiąc szczerze, zastanawiam się, czy wracać z nią w ogóle do treningów... To trudna dla mnie decyzja i jeszcze trochę czasu minie zanim ją podejmę. Na razie planuję popróbować wrócić z nią do rutyny, może coś tam się ruszy w łepetynie. Szkoda byłoby mi rezygnować z treningów i startów z nią, mimo tego jakie to trudne. Niby mam szczerą ofertę dania mi psa w leasing do treningów i startów, ale jednak to nie własny pies, to zawsze coś innego...

Tymi krótkimi słowami pozdrawiam wszystkich wakacyjnie znad przepakowywania walizek :)

niedziela, 29 czerwca 2014

Nigdy więcej Kliniki SGGW!

Troszkę się nadziało.
Pierwsza rzecz - byłyśmy na kolejnym badaniu zawartości amoniaku we krwi w Klinice Małych Zwierząt SGGW. Po prostu kolejna próba po 2 tygodniach, by sprawdzić co się tam dzieje. Troszkę się zdziwiłam, gdy wynik wyszedł 13,5 (przy normie 47) - super, że jet prawidłowy, ale czemu tak duża różnica? Co tu się narobiło, że najpierw 76,8, potem 131,1 a w końcu 13,5? Zgłupiałam po raz kolejny... Wykonałam też próbę obciążeniową kwasów żółciowych, wszystko prawidłowo, czyli zespolenia wrotno-czczego nie ma na pewno.
Telefon do pani Anety - również pustka w głowie. Ale tak jak ja, zaczyna się zastanawiać nad dotrzymanymi procedurami. Badanie na amoniak wymaga specyficznej procedury - krwi musi być cała ampułka, aż po korek, maszyna wcześniej rozgrzana i próbka natychmiast sprawdzana. Z powodu reakcji na krew nie jestem w stanie spojrzeć ile jej pobrali, zawsze patrzę na psa lub czytam arcyciekawe reklamówki na ścianach. Ale zaczęłam się zastanawiać czy w SGGW robią to prawidłowo.

Stąd pomysł żeby pojechać w inne miejsce. Problem jednak z tym, iż tylko bardzo nieliczne kliniki wykonują te badanie - musi być w końcu laboratorium na miejscu. Na szczęście udało się znaleźć inną, tym razem Klinikę Bemowo. Tam też wczoraj wykonałam badanie, nawet przemogłam się i spojrzałam na ampułkę - była cała. Wcześniej nawet czekałyśmy na rozgrzanie maszyny. Znów wynik był prawidłowy, 8,9.

Pismo do SGGW już się pisze. Jestem mocno zniesmaczona jakością ich usług - w końcu to uczelnia wyższa, w stolicy kraju, kształcąca przyszłych weterynarzy, którzy rozchodzą się na województwo lub całe państwo. Jedno z badań było wykonywane przez studentów pod nadzorem lekarza, czyli taka wiedza jest przekazywana... Zdecydowanie z całym sercem będę odradzać teraz wszystkim wykonywanie jakichkolwiek badań w Klinice SGGW. Niby niskie koszty, ale jeżeli mylą się podczas badania krwi, to co się dzieje z bardziej skomplikowanymi badaniami lub zabiegami? Na szczęście okazało się to tylko bardzo stresującą i niemiłą pomyłką, czy po prostu trzykrotnym niedotrzymaniem procedury. 

Obecnie szukam innych przyczyn dziwnych objawów. Bardzo niemiłe i zaskakujące zachowanie znów się powtórzyło - i to całkowicie w niespodziewanym momencie, bez jakichkolwiek wcześniejszych znaków czy przyczyn. Czasami mam wrażenie, że Arka po prostu staje się nieprzewidywalna, nie jestem w stanie wyczuć co zrobi w następnej sekundzie... Co gorsze, robi się to niebezpieczne dla otoczenia, co jeszcze bardziej mnie martwi :( Trochę to przypomina pierwsze lekcje z p. Boczulą, ale nie chcę nawet wracać myślami do tamtych wydarzeń.

Z mniej rzewnych tematów - udało mi się spotkać, po paru latach internetowej znajomości z pewną Anią, bardziej znaną w internecie jako Pssotka ( blog Barkasa ) :) Wspólny spacer wraz z Agą, Mysza, Sigmą, Szelmą, Ravi i Branem zaowocował pięknymi zdjęciami. Choć Arka była tego dnia już 4 dzień na dobrowolnej głodówce (czy ja ją kiedykolwiek zrozumiem?), całkiem dobrze radziła sobie z jakąkolwiek aktywnością. To jest jednak border...
Jeszcze raz za nie bardzo dziękuję, cudownie jest widzieć swojego psiaka w tak pięknej wersji (zdecydowanie piękniejszej niż w rzeczywistości ;) ). Na prawdę podziwiam talent i polecam zobaczyć fanpage'a: Anna Nowek Fotografia .
To teraz czas się chwalić tymi cudami :)


przerażenie na widok końca świata... a może po prostu piłki?
tatuś byłby dumny z takiej pozy :)
wreszcie uśmiechnięta <3
prawie wystawowe
aspiracje do bycia niebieską :)
:)
:)
nudno już, więc kończymy :)

piątek, 6 czerwca 2014

Lecz się sama!

Jakoś tak nie doceniamy w życiu gdy wszystko jest ok, gdy zdrowie dopisuje i możemy robić co nam się żywnie podoba. Dotychczas miałam w swoim domu wyłącznie kundelki, niesamowicie odporne na wszystko, ze świetnym zdrowiem do ostatnich chwil. Arka jest pierwszym psiakiem z rodowodem a do tego pierwszym, który postanowił mi zachorować.

Najpierw pojawiło się nietrzymanie moczu po sterylce. Przypadłość mocno nieprzyjemna a do tego niespodziewana, bo zazwyczaj dotyczy większych ras. Ale trudno, jak ma to trzeba leczyć, dzięki czemu codziennie dostaje podwójną dawkę Incurinu prosto w dziób. Mój portfel jest niesamowicie zadowolony z takie sytuacji...
To da się jakoś przeżyć, przy stałym podawaniu hormonu objawy zanikają i pies żyje normalnie. Ale za łatwo by było w moim życiu :)
głupol dostał kaczuszkę od fanki na pocieszenie...
Po pewnym bardzo niemiłym wypadku, zaczęłam się zastanawiać czy Arce coś nie jest z medycznego punktu widzenia - w końcu czemu nadal pojawiają się dziwne zachowania mimo tak długiej pracy? Za namową pani Anety zbadałam psicy  pozom amoniaku we krwi - jak poprzednio pisałam, był zdecydowanie podwyższony, osiągnął poziom 76,8 przy normie maksymalnej 47. Badanie ogólne krwi nic nie wykazało, mimo wielu flag, można było na wszystko przymknąć oko. Na szczęście nie ma zaniku mięśni, co jest dosyć ważne.
Podczas USG na SGGW, szukaliśmy złego unaczynienia wątroby z myślą o późno wykrytym zespoleniu wrotno-czczym. Choć wiek nietypowy, bo przeważnie wykrywa się to schorzenie do wieku 1 roku, to objawy na to wskazywały. Ponownie nic nie wyszło, wątroba bardzo ładna, z lekkim stanem zapalnym.

Bez jakichś większych obaw wystartowałam w ostatnich zawodach, choć widziałam, że kontaktu z psem to za bardzo nie miałam. Jakoś dziwnie wycofana i spokojna była. Ale w końcu pogoda, słoneczko i mało treningów...

Przyszedł czas na powtórne USG, tym razem u dr nauk vet. Piotra Marcińskiego, uznawanego za guru USG, z najlepszym sprzętem i świetnym okiem. Również nie znalazł źle połączonych żył, przepływy przy wątrobie były prawidłowe a sama wątroba prawidłowa pod kątem fizjologicznym.
Z nadzieją, że może pierwsze badanie krwi jakoś zostało zafałszowane, że może psica coś zjadła jednak przed pobraniem, pojechałam od razu znów na SGGW (jak dobrze mieć samochód...). Tam studenci pobawili się Arką jak modelem do ćwiczeń (nie wiem kto był bardziej tym wszystkim przerażony - czy Arka czy studenci, którzy musieli znaleźć żyłę, ampułkę, igłę, ogarnąć rzeczywistość i nic nie pomylić, bo prowadzący dyszał na kark :) ). Długo czekało mi się na wyniki... Tym razem amoniak we krwi wynosił 131,1....
tak obecnie głupol spędza większość dnia
W tym momencie zarówno ja jak i pani Aneta wysiadamy. Takiego przypadku jeszcze pani vet nie spotkała, nie ma pojęcia o co chodzi. Wyniki poszły już po znajomych weterynarzach i trzeba czekać aż ktoś coś skojarzy lub pani Aneta coś doczyta przez przypadek.
Najbardziej martwi mnie przyrost geometryczny poziomu amoniaku w przeciągu miesiąca. Taki wzrost nie jest niczym dobrym, bo psica ma już wystarczająco jałowy umysł, nie musi go sobie dalej wypalać... Nie wiem jak długo trwa to trucie organizmu, może od lat i stąd takie dziwne zachowania? Może to genetyczna wada wykańczająca powoli organizm?
Obecnie przechodzimy na Purinę NF, będziemy też badać amoniak co dwa tygodnie. Brak zmiany na lepsze będzie bardzo złym znakiem... Jakoś boję się badania w przyszłym tygodniu.

Arka ma już dosyć badań i czasami nie chce nawet wsiadać do samochodu z miną mówiącą "lecz się sama!"...

niedziela, 25 maja 2014

Zawody obedience w Warszawie, 24-25.05.2014

Kolejne zawody za nami :) Kolejne, na które zapisywałam się "na żywioł" tylko ze względu na lokalizację i dobrego sędziego. Tym razem po raz pierwszy byłam oceniana przez zagraniczną osobę - Belga Eddy Watthee. Bardzo byłam ciekawa jego oceny, bo nigdy nie sędziował jeszcze w Polsce.
Miałam wątpliwości tuż przed dniem zawodów co z tego będzie. Po pierwsze pogoda, 31 stopni w cieniu, smażące słońce, no ogólnie nie za bardzo na takie ćwiczenia a nawet dla mnie już było to za dużo. Do tego Arka pare dni wcześniej miała marne wyniki badań - najpierw podejrzewano u niej zespolenie wrotno-czcze, wykryto czynne zapalenie wątroby i "coś" w woreczku żółciowym a wyniki badania krwi też wróciło z wieloma flagami. Na szczęście po konsultacji z wetką krwią aż tak bardzo się nie przejmowałyśmy, na wątrobę już dostałyśmy leki i resztę będziemy jeszcze dalej diagnozować u kolejnych specjalistów z lepszym sprzętem niż w SGGW. Dlatego też stwierdziłam, że można spróbować startu i pomagając maksymalnie psu, dać mu po prostu trening w bardzo trudnych warunkach.

Ogólnie, nasz występ został bardzo doceniony, nasza współpraca wyjątkowo podobała się sędziemu. Warunki były na prawdę ciężkie, basenik z wodą do moczenia psów nie sprawdził się tak bardzo. Widziałam w trakcie startu, że Arka mocno się męczy, niby chciałaby więcej, ale już nie dawała rady. Stąd bardzo pomagałam jej, dawałam nawet nadprogramowe komendy (tak, przyznaję się do tego), nakręcałam na najbardziej wesołe sposoby jakie znam. Dała radę wytrzymać, to najważniejsze.
Na początek filmik ze startu:



Jak zawsze, opiszę co uważam na temat każdego z ćwiczeń.

Zostawanie - Na szczęście było dosyć wcześnie rano, bo koło 9.30, więc żar był jeszcze znośny. Lubię być z boku grupy by mieć możliwość odsunięcia się trochę od reszty. To, co mi się podobało, to że Arka skupiła się na mnie już podczas wchodzenia na ring - trochę to dla mnie znaczy, bo zazwyczaj rozpraszały ją psy idące za nią lub przed nią. Podczas początku ćwiczenia myślałam jednak, że ją zamorduję - postanowiła na "waruj" wykonać sobie "połóż się" czyli luzackie leżenie na boczku, jak do relaksu. Żądzę krwi jednak powstrzymałam, mając na uwadze temperaturę i gotujący się, psi mózg. Ogólnie ładnie wytrzymała, trochę mogłaby mniej niuchać w powietrzu. Końcówka była dla mnie trochę mrożąca krew w żyłach, ponieważ Avi postanowił zerwać komendę, podejść i przywitać się. Byłam na prawdę nieźle w szoku, że Arka go nie zaatakowała, jedynie pokazywała CSami, że tanio skóry nie sprzeda. Prawie w ostatnim momencie został odwołany. W efekcie dostałyśmy maksa, 10pkt.

Chodzenie przy nodze - Nasza malutka bolączka, zwłaszcza przy trudnych warunkach. Było lepiej niż ostatnio, choć wciąż urywał się kontakt a momentami nawet psica zostawała delikatnie w tyle - zazwyczaj mnie wyprzedza, więc mocno mnie to zdziwiło. Była też trochę za daleko ode mnie, jakoś nie chciała mieć tego dnia kontaktu fizycznego ze mną. Bardzo ją wspierałam podczas tego ćwiczenia, nawet nie wiem czy sędzia nie usłyszał jednej z dodatkowych komend... Punkty poleciały nam też za krzywe równanie - nauczka, by skupić się na tym szczególnie na treningach. W kroczkach w tył również tyłek poszedł za bardzo w lewo. Inną kwestią są wciąż marne skręty w lewo, ale tym już się zajmujemy. Dostałyśmy 7,5pkt.
by Kamila Buryn
by Kamila Buryn
Stój w marszu - Arka postanowiła tego nie wykonać. Co z tego, że chwilę wcześniej na rozgrzewce wbijałam jej to w łepek, tego dnia ona uznawała tylko siad w marszu... Zaczynam się zastanawiać nad zmienieniem komendy, bo już na drugich zawodach myli ćwiczenia. No cóż, jest co ćwiczyć. Za to mamy 0pkt.

Przywołanie - Całkiem ładne, choć trochę psica była rozproszona gdy ją zostawiłam. Może zapaszki, może słoneczko, kto tam wie? Znów mamy odjęty punkt za krzywe równanie - będę to teraz ćwiczyć do bólu :D Ostatecznie 9pkt.
by Kamila Buryn

by Kamila Buryn
Siad w marszu - Mówiąc szczerze nie wiem co tutaj było nie tak, bo mi wykonanie bardzo się podobało. To ćwiczenie wyjątkowo Arce wychodzi, choć po jej mowie ciała widać, że nie czuje się wtedy zbyt komfortowo. Mamy za to 9pkt.
by Kamila Buryn

by Kamila Buryn

by Kamila Buryn
Kwadrat - Zastanawiałam się czy go zrobi czy nie. Dzień wcześniej, na treningu na terenie zawodów musiałam jej powtórzyć komendę by pobiegła prawidłowo. Na szczęście dało radę, może trochę krzywo ale jednak znalazła się w kwadracie. Od rana miała też własną wersję tego ćwiczenia i nie przyjmowała do wiadomości moich nakierowań. Nagle stwierdziła, że nie będzie czekać w pozycji "stój" na komendę "waruj" tylko od razu będzie się kłaść. Bo tak. Żądza mordu po raz kolejny :) Pozostało wykonać to regulaminowo i tyle. W efekcie ja popełniłam błąd krzywo stając obok psa, przez co po komendzie do równania wyszła znowu krzywa pozycja. Stąd tylko 9pkt.
by Kamila Buryn

by Kamila Buryn

by Kamila Buryn
Aport - Tym razem całkiem ładne. Poprawiło się tempo powrotu, choć trochę jeszcze nad tym czasu spędzę. Całkiem, całkiem fajne, pozostaje kwestia krzywego równania (do znudzenia... :) ). 9pkt ostatecznie.
by Kamila Buryn

by Kamila Buryn

Zmiana pozycji na odległość - Tu było moje bardzo duże zdziwienie. Widziałam po psie, że jest już padnięta, że ledwo łączy mózg z łapami. Ale zmiany pozycji robiła mi zawsze i wszędzie, o dowolnej porze dnia i nocy. A tu postanowiła się uwalić i bynajmniej nie ruszyć :) Czy wspominałam już o mojej żądzy mordu? :) Przez to mamy drugie 0pkt, które zaważyło o ocenie doskonałej.

Skok przez przeszkodę - Ulubione ćwiczenie Arki, sądziłam, że wyjdzie jej jak zawsze idealnie. Niestety ze zmęczenia potknęła się o przeszkodę a potem znów krzywo usiadła. Jestem w stanie jej to wybaczyć, bo na prawdę była zmęczona. Dostałyśmy za to 8pkt.
by Tomasz Seruga
Wrażenie ogólne - Zostałyśmy bardzo pochwalone, mamy tylko poprawić drobiazgi no i stój w marszu. Dlatego dostałyśmy 10pkt.

W efekcie skończyłyśmy z 204,5/280 pkt, oceną bardzo dobrą i lokatą 7/14. Szkoda utraty doskonałej, trochę na nią liczyłam. Gdyby Arka wykonała pewniaka czyli zmianę pozycji, skończyłybyśmy na 4 pozycji, między dwoma Tendingami... Ale to gdybanie.
Jestem nawet zadowolona z tego startu. Było ciężko, ale dałyśmy radę, jest to nauka na przyszłość w jakich warunkach ćwiczyć więcej. Brakuje wciąż dokładności przy równaniu, wiec pora zacząć skarmiać psa tylko przy nodze :)
Cieszyło mnie zachowanie Arki poza ringiem, dała radę ładnie się wyciszyć nawet bez klatki gdy czekałyśmy na start, była całkiem wyluzowana. Zauważyłam, że pare osób miało specjalne kamizelki chłodzące dla psów i bardzo im pomagały - uzyskiwały lepsze rezultaty od innych. Poważnie się zastanawiam nad takim zakupem dla mojego futrzaka.
Po moim nastawieniu nasuwa mi się refleksja, że z każdym startem jest coraz łatwiej. Coraz mniej się stresuję, przed samym wejściem na ring praktycznie w ogóle. Arka też przyzwyczaja się do takich wyjazdów i przychodzi jej wszystko łatwiej. Dlatego nawet, gdy nie idzie nam idealnie, to każdy wyjazd czegoś uczy i daje chociażby lepsze samopoczucie na ringu :)

sobota, 5 kwietnia 2014

Kwalifikacje do Mistrzostw Świata i FMBB, Korytów

Dzisiaj postanowiłyśmy odwiedzić Korytów, gdzie odbywały się kwalifikacje do Mistrzostw Świata Obedience i FMBB. Był to mój debiut już w wyższej, pierwszej klasie i choć wróciłam do domu tylko z oceną bardzo dobrą, jestem niesamowicie zadowolona z tego startu.

Na same zawody zapisałam się trochę na żywioł, po prostu było bardzo blisko, sędzia, którego szanuję no i myśl, że w końcu można by znowu wystartować :) Miałyśmy rok przerwy w startach i pare ładnych miesięcy bez treningów, także nie oczekiwałam cudów a po prostu powrotu do bardziej regularnych ćwiczeń. Chyba dzięki takiej świadomości przez cały dzień towarzyszył mi spokój umysłu i całkowite rozluźnienie, co pomogło też psu. A może po prostu z każdym startem jest łatwiej? :)
Czekaj...łączę wątki...
Wyjątkowo, jak na złość, z tak udanego startu nie mam pełnego nagrania. Technika przerosła co poniektórych, przez co będzie tylko filmik z zostawania, kwadratu i aportu. Dobre i to, choć reszta była o wiele ładniejsza i aż szkoda braku pamiątki :)
:)
Jak to zawsze, opowiem trochę o starcie.
Początek dnia był dla mnie mocno wątpliwy, bo pies był niesamowicie rozproszony - a to wiaterek, a to chmurka a to piesek, kwadracik... Przez sekundę przeszła mi przez głowę myśl, by nie wystartować, bo przecież wstyd będzie jak się nie skupi... Ale po chwili treningu włączyła umysł i zaczęło być całkiem ładnie.

Na zostawanie weszłam w biegu - całkowicie nieprzygotowana, z psem nieskupionym, bo powiedziano mi, że będę w drugiej turze. Dobrze, że przez przypadek chciałam wyjąć psa z samochodu wcześniej by ją poskupiać, bo już mnie wołano od bramy - ponoć jakiś pies się wycofał. Jak już poprzeszkadzałam wszystkim i ustawiłam się w szeregu, dało nawet radę jakoś wejść na ring, co prawda z nadal nieskupionym psem. Na szczęście potem móżdżek się uruchomił, całe zostawanie wytrzymała w idealnej pozycji, wpatrzona w miejsce, gdzie zniknęłam. Z tego jestem wyjątkowo dumna. Dostałyśmy za to 10pkt.
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Chodzenie przy nodze nie było tragiczne. Mogło by być więcej kontaktu, bo czasami się urywał, odezwał się też nasz problem ze skrętami w lewo - nadal trzeba będzie zwracać na to uwagę przy treningach. Podobnie z kroczkami w tył, gdzie sucz postanowiła usiąść na raty. Wstydu nie ma, bo ładne 8,5pkt, tutaj najbardziej szkoda mi z powodu braku filmiku.

Stója w marszu nie wykonała - był on po siadzie w marszu, była pewna, że chcę drugi raz tego samego. Nauczka żeby skupić się na tym bardziej :) Także za to mamy śliczne 0.

Przywołanie - na maksa, 10 pkt. Nie mogę się przyczepić, po prostu zrobiła je idealnie. Szybkie tempo, ładne, równe dostawienie do nogi. Przez chwilę martwiłam się, czy usłyszy mnie mimo silnego wiatru, ale dało radę.
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Siad w marszu - również na maksa. Zauważyłam, że ta komenda wychodzi jej wyjątkowo dobrze, o wiele lepiej niż stój w marszu. Fajnie, że się udało :)
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Wysyłanie do kwadratu - nasze drugie 0. Nie wiem co się wydarzyło, bo na treningu wcześniej wyszło jej to świetnie. W momencie tego ćwiczenia była dziwnie spięta i jakby przestraszona. Na komendę najpierw zawahała się, potem pobiegła z lewej strony kwadratu i z lewej strony do niego weszła. Do tego na komendę zatrzymania usiadła -.- Jest to dla niej trudne ćwiczenie i pewnie jeszcze wiele treningów na tym poświęcimy. Widać nie wszystko się jeszcze zakodowało w móżdżku.

Aport został oceniony na 7,5. Kolejne trudne dla Arki ćwiczenie, nad którym skupiałyśmy się od mojego powrotu do treningów a mimo to wciąż wymaga doskonalenia. Kłania się też ćwiczenie wiecznie na tych samych koziołkach - pojawiła się niepewność przy podjęciu świeżego. Do tego zmiana tempa czyli wolny powrót, krzywe przyrównanie i delikatne podgryzanie. No cóż, trochę drogi przed nami :)

Zmiana pozycji idealnie - na 10pkt. Tyłek nieruszony nawet na centymetr, do tego szybkie i dokładne zmiany. Z tego jestem dumna, bo jeszcze pare treningów temu psica potrafiła coś tam nakombinować :)
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Skok przez przeszkodę - znów na maksa. To ulubione ćwiczenie Arki, podczas schodzenia z ringu nawet sama sobie skoczyła znowu :) Było na początku, na rozluźnienie.
Autor: Joanna Surgiewicz FRAMM
Wrażenie ogólne - 8,5. Ogólnie zostałyśmy pochwalone, brakowało trochę w psie energii no i trzeba skupić się na paru elementach. Nie wymagam od Arki wielkiego powera, bo nigdy nie będzie go mieć z taką psychiką, ale nad techniką i dokładnością na pewno możemy popracować :)

Ostatecznie skończyłyśmy z 205/280 pkt, oceną bardzo dobrą i lokatą 6/10. Wstydu nie ma, dotarcie do takiego poziomu przy psychice Arki i tak wymagało wielu lat wysiłków i jestem z tego jednak dumna :) Choć miałam marzenia na doskonałą, trzeba będzie jeszcze trochę zostać w jedynkach i powalczyć o lepszą punktację. Ale w końcu nigdzie nam się nie spieszy :)
Staruszka z siwą brodą :)