"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

poniedziałek, 13 maja 2013

Powrót z zaświatów

Arce udała się rzeczy niezwykła. Nie chodzi tu o super sztuczkę angażującą wszystkie mięśnie i łamiącą prawa fizyki czy o piękne skupienie podczas wykonywania ćwiczeń obi. Wróciła do mnie z zaświatów, choć była tam już trzema łapami. Najwidoczniej jeszcze miała wystarczająco sił do walki i chęci do życia.

Przytrafiła nam się ostra odmiana babeszjozy. Cholerstwo o tyle zjadliwe, że zdążyło w ciągu jednego dnia wybić praktycznie wszystkie komórki krwi i porządnie uszkodzić nerki i wątrobę, nie mówiąc o śledzionie. Wystarczył jeden kleszcz, by obniżyć poziom leukocytów do 2,6 (przy normie 6-12), erytrocytów do 5,57 (5,5-8), płytek do 26 (200-580!).

Arkę uratowała moja zaufana weterynarz, pani Aneta, której zawdzięczam też życie mojego starszego kota. Inny lekarz na ostrym dyżurze weterynaryjnym zdiagnozował wszystko jako zatrucie...

Objawy były bardzo nietypowe, bo wszystko zaczęło się od wieczornych wymiotów, stąd i moje skojarzenie z jakimś lekkim zatruciem. Ale gdy pies był niemrawy także rano, zrobiło się niemiło. Dziwnie jest widzieć Bordera, który nie cieszy się na widok człowieka wracającego do domu... Jednak na spacerach była wesoła jak zawsze, bawiła się w zwykły dla siebie sposób. Pierwszy wet stwierdził, że zatrucie szybko jej przejdzie, bo nie wygląda to na trutkę lub chemię. Stan psa pogarszał się jednak tak szybko, że wieczorem nie reagował na moje słowa i długo patrzyła w jeden punkt a następnego dnia rano nie był w stanie wstać do mnie... Tylko leżała patrząc nieobecnym wzrokiem w dal...

Udało nam się natychmiast skontaktować z panią Anetą i ściągnąć ją do gabinetu. Tam szybkie pobieranie krwi, szybka kroplówka... Ale objawy nie pokazywały na nic. Przez pare godzin czekania myślałyśmy wspólnie co to może być, bo na kleszcza to wygląda tylko trochę, ale równie dobrze na zapalenie śledziony, jelita, wątroby... Nic nie było wiadomo.
Gdy przyszły wyniki, po raz pierwszy widziałam panią Anetę w stanie szoku - były one gorsze niż się mogła spodziewać i potwierdziły babeszjozę.

Przy tak małej ilości płytek obawiałyśmy się o pojawienie się krwi podczas zastrzyków, ale na szczęście tak się nie stało. Biedna Arka dostała tyle płynów, by wypłukać toksyny, że potem męczyła się z załatwieniem - trudno się to robi słaniając się na nogach... Nie była w stanie kontrolować pęcherza, ale jakoś sprzątanie nie było dla mnie tragedią, gdy widziałam, że pies jeszcze żyje.

Kroplówki i zastrzyki trwały trzy dni. I po trzech dniach była poprawa, pies ożył, wrócił do nas też choć trochę mentalnie. Heh, psiaki to jednak mądre istoty, chyba wiedzą co to wdzięczność, bo pani Aneta po raz pierwszy została przez Arkę wycałowana gdzie tylko się dało. Była bardzo dzielna, pozwalała na wszelkie zabiegi, nie protestowała, nie uciekała, nawet ludzie chodzący naokoło jej nie martwili, choć gdy poczuła się dużo lepiej pojawiła się "normalna" reakcja na inne psiaki :)

Także Arka postanowiła jeszcze nie dołączyć do Tequili. Obecnie sama podaję jej lekarstwa (bardzo mnie po tym polubi :/) i widzę, że z dnia na dzień robi się silniejsza.
Jeszcze ją pilnuję ze zbyt wesołymi zabawami z obawy przed powiększoną śledzioną a z treningami z powodu zmiany w jej zachowaniu. Choć to dziwne, widzę ją. Nie wiem jak będzie się nam w przyszłości pracowało nad obi. Przepadły nam zawody we Wrocławiu, przed nami Gdańsk, ale mam mieszane uczucia, czy powrócimy do formy.

W czerwcu kontrola krwi, czy wszystko się odbudowało. Kombinuję nad jakąś formą podziękowania dla naszej kochanej wetki, bo kobieta jest Aniołem Stróżem wszystkich zwierzaków.