"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

czwartek, 10 października 2013

4 lata!

Miałam już niby nie pisać na tym blogu, porzucić go i zapomnieć o nim, ale sentyment pozostaje... zwłaszcza, że Arka dzisiejszego dnia skończyła 4 lata! :D

 Choć już niby osiągnęła tak poważny wiek, dalej czasami nazywam ją moim szczeniakiem, bo małe to to i nieogarnięte :D Zwłaszcza gdy lata po całym domu z ulubionym, piszczącym serem :D

 Cieszę się z każdej chwili z nią, od wspólnych treningów po wylegiwanie się i choć czasami jej humorki są kłopotliwe, dają doświadczenie i wiedzę. Oby jeszcze wiele lat rozśmieszała mnie i pocieszała w trudnych chwilach, pokazywała jak wspaniałe może być życie z psem.
Wszystkiego najlepszego Małe Zło!

 Z tej okazji krótki filmik z naszych wakacji - głównie obi i pływanie dla kondycji, dnie na spacerach po lasach a czasami też trochę frisbee :) polecam jakość HD

wtorek, 18 czerwca 2013

Po kontroli

Czasami los nie jest przychylny. I choć tragedii nie ma, to pokazuje, że szczęście człowieka na trochę opuściło.

Byłam z Arką na kontroli po babeszjozie - wyniki poprawne, robactwa w krwi brak, czyli pies zdrowy i taki jak sprzed choroby. Teoretycznie. Bo praktycznie nie jestem w stanie z Arką ćwiczyć, trenować, startować na zawodach. Powód prosty, przez cały czas chodzi otępiała, ma tylko momenty, gdy znów pojawi się u niej ten typowy błysk w oku, znów łapie połączenie między ziemią a mózgiem.

Ostatni trening miał zdecydować czy jedziemy na zawody do Gdyni. Już podczas choroby psicy zastanawiałam się czy damy radę, ale takiej tragedii się nie spodziewałam. Niby technika gdzieś tak jest wyćwiczona w jakiejś pamięci mięśniowej, ale przymulenie, brak skupienia, wolniejsze reakcje po prostu są dla mnie szokujące. Tak jakbym cofnęła się w treningach o dwa lata, z czego niektóre reakcje są zupełnie inne. Arka była ostatnio tak zamyślona w swoim świecie, ze nie zareagowała na dwa psy przechodzące napuszone i na napiętych smyczach 10cm od niej. Zupełnie jakby nie istniały, gdy wcześniej pojawiłaby się zawsze jakaś reakcja.
czasami wygląda nawet jak zwykły, szczęśliwy pies :)
Dodatkowo już trzy razy pojawiła się nagła panika bez powodu, niewywołana niczym widocznym z zewnątrz. Spokojnie człowiek ćwiczy chociażby pozycje, daje psu smakołyki, chwali, wesoło namawia do dalszej i weselszej pracy i nagle trach, odskoczenie, ucieczka, rozszerzone źrenice i zesztywniałe ciało. Raz podobnie zdarzyło się na zwykłym spacerze.

Z Agą zastanawiamy się czy nie doszło do niedotlenienia mózgu. Gdy rozmawiałam z panią Anetą na temat dziwnych, niewyjaśnionych panik, domyśla się, że Arka może w pewnych momentach czuć bardzo silny i nagły ból, trudny do zlokalizowania i wyjaśnienia. Może też czuć ból przez większość czasu...

Planuję pójść na wizytę do weta z dłuższym doświadczeniem a także prześwietlić Arce jeszcze raz stawy, tym razem też barki i łokcie, choć nie chce mi się aż wierzyć, że mogłaby to być dysplazja lub OCD, jej linie są praktycznie czyste... Ale nigdy nic nie wiadomo.

Jej stan nie jest dla mnie łatwy. Po pierwsze nie wiem jak pomóc psu. Nie wiem jak zachowa się za 5 sekund. Choć to mniej ważne, musiałam zrezygnować już z 3 zawodów, stoimy w miejscu i nie zapowiada się szybki powrót. Czasami zastanawiam się nad całkowitym wycofaniem Arki ze sportu, zrobieniem z niej kanapowca-piłeczkowca. Ale to bardzo trudna decyzja i wolę jej teraz nie podejmować.

Na zakończenie bardzo krótki filmik: zostawanie wykonane przed chorobą i kwadrat z ostatniego treningu. Kwadrat po raz pierwszy wyszedł tak dobrze, ale było to jedyne ćwiczenie, jakie udało nam się wykonać tego dnia :/

Choćby jednak było nie wiadomo jak źle, psica zawsze wie jak mnie rozśmieszyć :)
Ostatnio dostała nową zabawkę - piszczącą świnkę. Uwielbiała ją, latała, bawiła się i piszczała. Zostawiła ją jednak pewnego wieczoru w swojej kryjówce za kanapą. Gdy wróciła, przerażona zaczęła szczekać wniebogłosy, bo z ciemności wyglądały ogromne ślepia prosiaka :D
Gdy wyszłam następnego dnia na balkon znalazłam świnkę na balustradą, przygotowaną na egzekucję przez zrzucenie z wysokości.
świnka gotowa do lotu!
Nigdy nie spodziewałabym się, że Bordery są tak okrutne! :D

poniedziałek, 13 maja 2013

Powrót z zaświatów

Arce udała się rzeczy niezwykła. Nie chodzi tu o super sztuczkę angażującą wszystkie mięśnie i łamiącą prawa fizyki czy o piękne skupienie podczas wykonywania ćwiczeń obi. Wróciła do mnie z zaświatów, choć była tam już trzema łapami. Najwidoczniej jeszcze miała wystarczająco sił do walki i chęci do życia.

Przytrafiła nam się ostra odmiana babeszjozy. Cholerstwo o tyle zjadliwe, że zdążyło w ciągu jednego dnia wybić praktycznie wszystkie komórki krwi i porządnie uszkodzić nerki i wątrobę, nie mówiąc o śledzionie. Wystarczył jeden kleszcz, by obniżyć poziom leukocytów do 2,6 (przy normie 6-12), erytrocytów do 5,57 (5,5-8), płytek do 26 (200-580!).

Arkę uratowała moja zaufana weterynarz, pani Aneta, której zawdzięczam też życie mojego starszego kota. Inny lekarz na ostrym dyżurze weterynaryjnym zdiagnozował wszystko jako zatrucie...

Objawy były bardzo nietypowe, bo wszystko zaczęło się od wieczornych wymiotów, stąd i moje skojarzenie z jakimś lekkim zatruciem. Ale gdy pies był niemrawy także rano, zrobiło się niemiło. Dziwnie jest widzieć Bordera, który nie cieszy się na widok człowieka wracającego do domu... Jednak na spacerach była wesoła jak zawsze, bawiła się w zwykły dla siebie sposób. Pierwszy wet stwierdził, że zatrucie szybko jej przejdzie, bo nie wygląda to na trutkę lub chemię. Stan psa pogarszał się jednak tak szybko, że wieczorem nie reagował na moje słowa i długo patrzyła w jeden punkt a następnego dnia rano nie był w stanie wstać do mnie... Tylko leżała patrząc nieobecnym wzrokiem w dal...

Udało nam się natychmiast skontaktować z panią Anetą i ściągnąć ją do gabinetu. Tam szybkie pobieranie krwi, szybka kroplówka... Ale objawy nie pokazywały na nic. Przez pare godzin czekania myślałyśmy wspólnie co to może być, bo na kleszcza to wygląda tylko trochę, ale równie dobrze na zapalenie śledziony, jelita, wątroby... Nic nie było wiadomo.
Gdy przyszły wyniki, po raz pierwszy widziałam panią Anetę w stanie szoku - były one gorsze niż się mogła spodziewać i potwierdziły babeszjozę.

Przy tak małej ilości płytek obawiałyśmy się o pojawienie się krwi podczas zastrzyków, ale na szczęście tak się nie stało. Biedna Arka dostała tyle płynów, by wypłukać toksyny, że potem męczyła się z załatwieniem - trudno się to robi słaniając się na nogach... Nie była w stanie kontrolować pęcherza, ale jakoś sprzątanie nie było dla mnie tragedią, gdy widziałam, że pies jeszcze żyje.

Kroplówki i zastrzyki trwały trzy dni. I po trzech dniach była poprawa, pies ożył, wrócił do nas też choć trochę mentalnie. Heh, psiaki to jednak mądre istoty, chyba wiedzą co to wdzięczność, bo pani Aneta po raz pierwszy została przez Arkę wycałowana gdzie tylko się dało. Była bardzo dzielna, pozwalała na wszelkie zabiegi, nie protestowała, nie uciekała, nawet ludzie chodzący naokoło jej nie martwili, choć gdy poczuła się dużo lepiej pojawiła się "normalna" reakcja na inne psiaki :)

Także Arka postanowiła jeszcze nie dołączyć do Tequili. Obecnie sama podaję jej lekarstwa (bardzo mnie po tym polubi :/) i widzę, że z dnia na dzień robi się silniejsza.
Jeszcze ją pilnuję ze zbyt wesołymi zabawami z obawy przed powiększoną śledzioną a z treningami z powodu zmiany w jej zachowaniu. Choć to dziwne, widzę ją. Nie wiem jak będzie się nam w przyszłości pracowało nad obi. Przepadły nam zawody we Wrocławiu, przed nami Gdańsk, ale mam mieszane uczucia, czy powrócimy do formy.

W czerwcu kontrola krwi, czy wszystko się odbudowało. Kombinuję nad jakąś formą podziękowania dla naszej kochanej wetki, bo kobieta jest Aniołem Stróżem wszystkich zwierzaków.

sobota, 30 marca 2013

Wiara

Ach jakież to szerokie pojęcie, taka wiara. W końcu można wierzyć w coś, chociażby w Zajączka Wielkanocnego lub Latającego Potwora Spaghetti ale można też wierzyć w siebie, w swoje możliwości i szanse na sukces.
Jakoś tak ostatnio było marnie z moją wiarą. Mniejsza ilość czasu na treningi sprawiła, że nie szłyśmy do przodu tak jak planowałam. Dodatkowo dużym problemem stał się kwadrat, psica nie jest w stanie na tyle rozluźnić się by wybiec do przodu, ma też jeszcze opory ze zrozumieniem idei tego ćwiczenia. I tu pojawia się wiara, że w końcu uda się, Arka zrozumie co ma zrozumieć i będziemy mieć cały program jedynek przygotowany.
zima nam nie straszna :)
Trzeba przyznać, że bez wiary w własne siły nawet nie miałam bym jej. Gdybym te trzy lata temu nie uwierzyła, że podołam, poradzę sobie z psem o skrajnie dziwnej i nieprzewidywalnej psychice, nie wzięłabym jej. Zostawiłabym ją na pastwę losu w pewnej pod-praskiej wsi. Ale uwierzyłam i choć łatwo nie było, choć wymagało to poświęceń, łez, załamań i wydanej fortunki, jakoś udało się ustabilizować psi móżdżek.
Bez wiary i wsparcia innych, którzy też uwierzyli w nasz team nie pojechałabym na pierwsze zawody. Nasz pierwszy start był daleki od idealnego ale zważywszy na to, co przeżyłyśmy wcześniej i jakie postępy zrobiłyśmy właśnie ten start pokazał ile jest w stanie zdziałać sama wiara.
Przed każdymi zawodami zastanawiam się co się uda, co nie, czy pies w którymś momencie nie spłoszy się, nie przestraszy, nie wyłączy, nie zaatakuje...
W tym roku planujemy już start w jedynkach. Niestety do debiutu musimy poczekać dłużej niż planowałam, ale dzięki temu mamy jeszcze czas na dopracowanie elementów i budowanie wiary w siebie :)

Straciłam już jakiś czas temu nadzieję, że psychika Arki będzie kiedyś normalna. Ale wciąż wierzę, że jeszcze pokażemy co-nieco, udowodnimy, że z takimi psami też się da pójść na zawody :)

skończmy już z tą zimą, ok?
Pamiętającym jeszcze o naszym blogu życzę Wesołych Świąt i szybkiego przyjścia wiosny :)

piątek, 1 lutego 2013

O agresji w rasie

Odkurzamy się. Khe khe...

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać jak to jest z podatnością Borderów na zachowania agresywne. Z różnych powodów, w różnych miejscach i sytuacjach, różnie się objawiająca. Nigdy nie ukrywałam jakie problemy mam z Arką, jak w wieku 3 miesięcy pojawiła się u niej trudna to opanowania agresja względem wszystkiego co żywe. Zawsze sądziłam, ze trafiło mi się takie skaranie boskie i jest ona niesamowitym wyjątkiem a reszta Borderków hasa sobie beztrosko będąc przyjaciółmi całego świata.

A tu okazuje się, że się myliłam. Wcale tak kolorowo nie jest i w rasie jednak zdarza się maksymalnie słaba psychika czy podatność na agresję jak nie sama agresja. Niepokojące jest, że czasami piszą do mnie właściciele Borderów, które również mają problemy "ze sobą", pojawiła się agresja i nie wiadomo co robić, bo normalne metody nie działają. Co ciekawe o pierwszym takim psie dowiedziałam się już od mojego pierwszego trenera, największej pomocy w rozpaczy. Podczas jednego spotkania powiedziała mi, że w jej miocie Borderów również pojawił się bardzo lękliwy szczeniak, który nawet nie chciał wyjść z własnego kojca. Nawet nie przytoczę jakich epitetów używa ta osoba, by opisać to szczenię...
Ale w końcu lękliwość to nie agresja, prawda?

Jednak czasami może to być powiązane lub wynikać jedno z drugiego. W naszym przypadku jest to połączone. Ale jak zauważyłam w innych przypadkach najpierw pojawia się ogromny strach, potem panika a potem agresja, żeby sobie z tym poradzić. A po ataku następuje ulga, bo opadły emocje a "zło" uciekło. Czasami jest agresja, bo pies ma psychikę mocniejszą od właścicielki i robi sobie co chce, akurat atakując inne pieski. A niekiedy całkowicie nie wiadomo skąd się to wszystko wzięło... Tylko czemu pojawia się coraz więcej takich psów? Złe linie, złe prowadzenie, czy złe przeżycia?

Akurat w przypadku Borderów, gdy pojawi się amok przed atakiem trudno je z tego wybić. Nie pomaga ciumkanie i wołanie pieska, jedyną metodą często jest mocna presja lub wybicie z rytmu, by pies powrócił na ziemię. Psy te miały się skupiać na zadaniach a jak się skupią to nie ma zmiłuj...Ale  niestety w ten sposób można też łatwo zeszmacić psa.

Dlatego jak dla mnie psi psycholog, trener, szkoleniowiec, który trafi na agresywnego Bordera powinien mieć ogromną wiedzę z postępowania właśnie z tą rasą, tak specyficzną w odbiorze i szkoleniu. Szkoda, że jest niewielu, którzy to rozumieją.
Szkoda, też, że w takiej rasie jednak pojawia się marna psychika, ale niektórych wyborów hodowców niestety się nie zmieni.

wtorek, 1 stycznia 2013

2012 małe podsumowanie

Choć jak wielu ludzi na świecie obecnie przecieram oczy ze zmęczenia i nie wierzę w jutrzejszy powrót do codziennych, znów niesamowicie przyjemnych obowiązków, przyszedł czas na malutkie podsumowanie ubiegłego roku.

Pierwszą rzeczą niewątpliwie są nasze starty na zawodach. To w tym roku zaczęłyśmy, bo wreszcie byłyśmy gotowe. I choć początki były trudne, długo brakowało zgrania i spokoju podczas występów, każdy start dawał ogromną dawkę wiedzy praktycznej nie tylko o metodach szkolenia ale i o mnie samej :) W tym roku udało mi się dwa razy stanąć na podium i choć tylko w zerówce, wciąż bardzo się cieszę, że coś tam pokazać już umiemy.

To w tym roku zaczęłyśmy się z Arką zdecydowanie lepiej dogadywać. Były wzloty i upadki (obecnie jesteśmy w fazie upadku, z którego już się otrzepujemy :D) , były nieporozumienia, ale jakoś zawsze szłyśmy do przodu. Coś tam się po trochu dłubało, trochę obserwowało a efekty przerosły oczekiwania patrząc na stan arkowej psychiki w 2011 roku.

Trzeba przyznać, że ten rok mnie zmienił. Po niemałym marudzeniu pokonanie trasy Warszawa-Wrocław po raz pierwszy własnym dog-mobilem okazała się świetną przygodą z różnymi atrakcjami. I gdyby nie fakt, że było na prawdę po co i z kim tam jechać, pewnie nie nauczyłabym się, że jazda w różnych warunkach i w bardzo różnych sytuacjach jest do ogarnięcia. Pewnie do dziś nie wiedziałabym jak połączyć telefon z autkiem za pomocą bluetooth :D Im więcej człowiek jeździ, tym mniej straszne wydają się odległości, nagle jakoś na trening można nawet podjechać na drugi koniec stolicy.

Dzięki Arce, naszym startom ale też przy udziale Agi niesamowicie wciągnęłam się w Obedience. Choć początkowo moją miłością było Agility, teraz rywalizuje ono z "nudnym" Obi. Nie sądziłam, że przez całkowity przypadek można odnaleźć swoje hobby, które nawet najbliższa mojemu sercu osoba podziwia :)

Ten rok był też momentem wielu rozmyślań. Był rokiem snucia planów na przyszłość, patrzenia na swoje możliwości i ograniczenia, obgadywaniem różnych możliwości z wieloma ludźmi. Nawet nie pamiętam dokładnie od kiedy, ale chyba rok już się zejdzie, gdy w mojej małej główce zrodził się pewien plan na przyszłość, początkowo mocno niemożliwy a w tym roku stający się pewnym. I teraz od mojej decyzji w tym nowym roku zależy jak potoczy się to dalej.
Pisałam w poprzedniej notce o mojej niepewności. Tak to bywa, gdy człowiek zagubi się na chwilę i nie wie w którą stronę pójść dalej. Dobrze jest jednak mieć bliskich, którzy wspierają choć w nieznacznym stopniu i osoby, które po przeczytaniu tego i owego zadzwonią i wybiją głupie pomysły z główki :) Dlatego jak na razie znów mój plan jest w trakcie realizacji i choć do efektów trzeba będzie poczekać jeszcze całkiem dużo, będzie to na pewno owocny czas.

Tak samo owocny niech będzie cały nowy, 2013 rok! Oby był pełen szczęśliwych chwil, sukcesów, wolnych chwil na to, co najważniejsze dla człowieka. Życzę tego również wszystkim czytającym mojego bloga ;)