"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

niedziela, 30 września 2012

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Człowiek taki jest, że wiele rzeczy ocenia subiektywnie, an podstawie własnych przeżyć czy chociażby preferencji. Nie ma w tym nic złego, w końcu każdy ma prawo do własnego zdania. Ale lepiej go nie wciskać komuś na siłę, bo nie dość, że to niemiłe, to jeszcze może dać odwrotny efekt.
Dlatego czasami na forach zamiast dobrej dyskusji widzi się kłótnie o najdrobniejsze szczegóły. Język pisany ma to do siebie, że nie przekazuje emocji i trzeba umieć określić wszystko tak, by druga osoba zrozumiała w dobry sposób.

Ale nawet czasami mowa nie jest skuteczna - zwłaszcza gdy jakaś staruszka stara się mnie na siłę nawrócić (choć jestem osobą umiarkowanie religijną). Ale kwestię wariatów pomijam.

Czasami zastanawiam się jak długo trenerzy dochodzili do umiejętności dobrego przekazywania wiedzy by wszystko pokazać, wytłumaczyć i jeszcze sprawdzić w praktyce. Z mojego punktu widzenia jest to całkiem ciekawe, bo nie jestem trenerem. A punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na ostatnim treningu rozpoczęłyśmy już naukę jedynkowych ćwiczeń, co wychodziło różnie. Choć to dopiero początek a efekty były żadne i tak miałyśmy malutką widownię :) Dużo pracy przed nami, na szczęście teraz wiem co robić, bo niektórych elementów po prostu nie wiedziałam jak nauczyć.
Sezon zakończymy jeszcze jednym startem w zeróweczce, jak wszystkie niezaplanowanym bardzo. Może zmieszczę się na liście startowej :) Przyda się nam obu ogarnięcie ze stresem na ringu.
Chcę jechać tym bardziej, ze zawody są dosyć blisko domu i aż żal byłoby nie skorzystać z okazji. Ale tu znowu mój punkt widzenia zmienił się jeżeli chodzi o dojazdy. Jak już do Wrocka pojechałam, wczoraj tylko na pare godzin do Łodzi to i w okolice Warszawy można :)





Czas na chwile reklamy. Klub Dog Line zaprasza serdecznie na charytatywny dogtrekking. Akcja warta świeczki, bo za pieniądze z loterii fantów zostaną wykastrowane bezdomne psy. Warto wziąć udział!

Szczegóły: LINK


Od dzisiaj mój blog zmienia formę, notki nie będą dodawane regularnie.

niedziela, 23 września 2012

Nudno, nie warto czytać.

Ponieważ ten tydzień również minął pod znakiem mojej cudownej i uroczej choroby (tym razem ze współudziałem antybiotyku o bardzo fajnych skutkach ubocznych - mój TŻ, farmaceuta, gdy zobaczył co dostałam, aż się za głowę złapał...), jedyne, co mam w głowie to tysiące myśli, nieuczesanych i niepoukładanych.

Nie ukrywam, że trochę w internecie się siedziało, doceniając zalety laptopów. Coś tam zawsze w bazie się porobiło, na forach posiedziało, filmiki pooglądało. Z rozrzewnieniem patrzyłam na wymarzone arkowe chodzenie przy nodze z treningowych zawodów. Niby było to jakiś czas temu a u nas wcale nie jest lepiej. Na oficjalnych zawodach tak się spinam, że psica szuka tylko ratunku w postaci kogoś stabilniejszego psychicznie :) Nie wiem jak by do tych jedynek pójdziemy...

Zauważyłam też jak łatwo jest manipulować ludźmi w internecie. Zwłaszcza na forach, twarzoksiążkach czy innych miejscach z duża ilością użytkowników. Wystarczy wrzucić pare filmików, odpowiednio dobranych zdjęć i barwnych komentarzy, by stać się idolem motłochu. Nie ważne, że prawda bywa mniej urocza, gdy wszystko tak ładnie wygląda. A takim idolom wybacza się wtedy więcej, inaczej traktuje się ich "wybryki", no bo w końcu to spece w wielu dziedzinach i ogólnie zajebiści ludzie.
A jak czasami idol ma więcej wad niż zalet. Mnie ktoś uznał za swojego idola! Śmiech na sali!

Z drugiej strony, łatwo człowieka zgnoić. Łatwo nie wiedząc praktycznie nic o danej osobie czy o sytuacji oceniać, komentować, gnoić i mięsem rzucać. Ile to już było "akcji" na FB z ratowaniem zabiedzonych psów czy szkoleniowcami krzywdzącymi psy? Nie popieram takich rzecz, o nie. Ale warto czasami się zastanowić zanim coś się napisze na temat nieznanej osoby, a jak się potem okazuje nieznanej nawet z imienia i nazwiska! Bo znając niektóre "cele" ataków osobiście, wiem, że część rzeczy jest mocno krzywdząca i przesadzona.
W ciągu paru sekund można całkowicie stracić reputację, na którą pracowało się długie lata. I nie będą miały wtedy znaczenia wcześniejsze osiągnięcia.

Ludzie mają różne poglądy na świat. Niektórzy psiarze szkolą tylko pozytywnie, inni z elementami awersji. A ilość przeciwników jak i zwolenników pana Gałuszki czy pani Boczuli jest chyba tyle samo i tak samo zajadle bronią swoich idoli :)

Zawsze wychodzę z założenia, że można kogoś lubić bądź nie, ale każdemu należy się szacunek. Zwłaszcza podczas rozmowy czy oceny.





Na koniec, dla wszystkich uważających, że Bordery zostały stworzone wyłącznie do frisbee, agility czy sztuczek, filmik prezentujący je w ich prawdziwym świecie, podczas pracy ze stadem. Tu akurat z bydłem :)
Czy aż tak bardzo widać, że lubię psy pracujące? :D
Bardzo dziękuję wszystkim głosującym na Arkę. Wciąż można to robić i zachęcam do tego. Szczegóły w poprzednim poście :)

czwartek, 20 września 2012

Głosujemy!

Będę wdzięczna za pomoc w małej forumowej zabawie :)

Wystarczy wejść TU i zagłosować na Arkę (1 kwadracik ;) )
Każda pomoc się liczy!

EDIT: z powodu problemów z ankietą głosowanie zostało przeniesione na maila. Gdyby ktoś w dalszym ciągu chciał nas wesprzeć, wystarczy napisać mail na adres psijaciele@poczta.fm , wpisując w tytule "Głosowanie" a w treści Arka z Říše Fantazie :D

niedziela, 16 września 2012

Na spokojnie, powolutku.

Jestem porządnie chora. Od tygodnia. Także nie chce mi się długo pisać. Zwłaszcza, że czeka mnie jeszcze pare tekstów do napisania w innych miejscach...

W dniach takich, jak minione, cieszę się, że nie miałam nigdy problemów z nauczeniem psa odpoczywania. Wiem, że u niektórych nie wygląda to tak radośnie i przez długie miesiące jak nie lata męczą się z nad aktywnym psem nie znającym umiaru, ciągle w stanie gotowości. Wyobrażam sobie jak męczące musi to być, gdy ciągle dostajesz na kolana piłkę czy inną zabawkę a przy próbach ignorowania jest ona tylko poprawiana bądź przekładana bliżej rąk.
Pandora.
Arka nie jest taka w domu. Szybko udało mi się ją przekonać, że zabawa to tylko poza domem a w 4 ścianach to odpoczynek. Nie obyło się i bez porażek - ma miejsca i konkretne sytuacje poza domem, gdzie nie potrafi się uspokoić. Niestety przyczyniła się do tego moja rodzina.
W dalszym ciągu w domu potrafi się nakręcić (jak np. podczas ostatniego ćwiczenia zmiany pozycji - w domu, bo musiałam ograniczyć spacery do minimum z mojego powodu), ale przeważnie ładnie się wycisza, w razie czego można ją uspokoić w klatce czy przywołując do siebie. Co prawda nie ma aż takiego wyciszenia jak znane mi Bordery, gdy od razu po przekroczeniu progu kładzie się i nic ją nie obchodzi :) Udaje jej się coraz lepiej uspokajać przed zawodami, gdy jest zostawiona na komendzie "połóż się". Na treningach już wie, że to czas na relaks i obserwowanie nienormalnej właścicielki.
Na pewno coś knują!
Co do przywoływania jej w domu. Mam szczęście mieszkać w takim, że nawet pisząc ten post nie wiem gdzie jest pies, nawet nie wiem czy jest w pobliżu. A sama Arka nigdy nie była bardzo przytulaśnym psem (bo przecież własny świat jest lepszy...) i często wolała gdzieś zaszyć się w kącie i mieć święty spokój. Nie jest to cień człowieka, chodzący krok w krok (chyba, że w ręku ma się coś smacznego, lub (uwaga!) aparat fotograficzny :) Psica zapamiętała sobie, że gdy niosę go, to oznacza coś super fajnego, jakąś serię filmików czy zdjęć z duża ilością nagród :)
Przeważnie jednak, by psa zobaczyć, trzeba go zawołać i odliczyć do 3, by zdążył przybiec. A wtedy może uda się go namówić do położenia się obok na łóżku i grzania schorowanej pańci. Ta czynność też nie jest dla Małego Zła ulubioną, choć akurat z powodu wyuczenia - do wieku gdzieś roku nie wolno jej było nigdzie wchodzić, także przyzwyczaiła się do leżenia na podłodze, co uznaje obecnie za wygodniejsze.
Moja uratowana kocica, codziennie dziękująca za pomoc. Oczywiście w swój autystyczny sposób.
Dobra w niej jest bardzo mała szczekliwość, zwłaszcza gdy boli głowa od gorączki (lub czasami innych stanów). Nigdy nie miała z tym dużych problemów a gdy coś się pojawiało, szybko to likwidowałam. Dla mnie to jedna z najgorszych cech psa i bardzo pilnowałam, by ewentualnie nie rozwinęło się to, zwłaszcza podczas pobudzenia w pracy. Obecnie Arka szczeka jedynie podczas pilnowania terenu (co mi bardzo nie pasuje, ale mimo walki nie udaje mi się tego wyplenić).

Spędziłyśmy sobie więc ten tydzień w ciszy i spokoju, na wylegiwaniu się i przekładaniu z boku na bok. Dla zachowania psich zdrowych zmysłów, uczyłam ją w domu zmiany pozycji, o czym już wspomniałam. Nigdy nie widziałam jej tak nakręconej, gdy jednego dnia zebrało mi się na ogromną radość z każdej dobrze przestawionej lub nieruszonej łapki. Wygląda to coraz bardziej obiecująco i może za miesiąc, gdy będzie to iść takim tempem, będę zadowolona z efektów :)
Czytałam dokładnie regulamin jedynek i muszę stwierdzić, że pomijając chodzenie przy nodze, które z powodu spięcia zawsze będzie naszą kulą u nogi, czy kwadratu, który wciąż jest słabo znany psu, może jakoś damy radę przez tą zimę to wszystko ogarnąć. Ale to wszystko na spokojnie, powolutku, tak jak nam sił i czasu wystarczy. W końcu nigdzie się nam nie spieszy :)



Miałam prawie nic nie pisać a i tak tyle wyszło... Choć jeszcze nigdy tak długo nie pisałam postu. Jest ze mną źle :/
Tak wiem, jakość dzisiejszych zdjęć jest adekwatna do taboretu, którymi były robione...

niedziela, 9 września 2012

Trochę o obi na przestrzeni lat

Niektórzy pewnie wiedzą, że pomagam czynnie w tworzeniu Bazy Obedience. Projekt całkiem ciekawy, bo mający na celu zebranie informacji o zawodach, zawodnikach i sędziach, póki istnieją one jeszcze w wersji papierowej lub elektronicznej gdziekolwiek na świecie. Co ciekawe, część informacji można znaleźć już tylko na pozamykanych forach lub starych stronach internetowych (ale o dziwnych sytuacjach w ZK nie chcę tym razem pisać).

Przeglądając poszczególne podstrony można zauważyć, jak bardzo preferencje względem ras psów się zmieniały. Początkowo były to głównie owczarki niemieckie, później również belgijskie, ale wciąż różnorodność ras pozostawała ogromna. Bordery licznie pojawiły się stosunkowo późno, więcej było już szetlandów czy beagle'i. Jak dla mnie przekaz jasny, kiedyś już przeze mnie opisany - z każdym psem się da i nie tylko bordery są stworzone do sportu.

Regulaminy zmieniały się już wielokrotnie i trudno czasami porównać jeden wynik do drugiego, bo nie zawsze oznaczają one to samo. Dzisiejsza zerówka jest trudniejsza od tej obecnej dwa lata temu, a również ludzie zdobywają świetne oceny. Początkowo widać też, że zawody były inaczej sędziowane niż obecne.

Trudno opisać atmosferę zawodów sprzed tylu lat, gdy się na nich nie było. Z opisów wynika jednak, że była ona całkiem dobra :) Obecnie organizatorzy często starają się dogodzić zawodnikom planując wszystko jak najlepiej. Sami startujący natomiast albo siedzą w kręgach własnych klubów lub choć zachowują pozory miłej rozmowy z innymi. I choć można poznać bardzo ciekawe osoby, miło pożartować czy pośmiać się, czasami czuć rezerwę względem np. konkretnego klubu.
Swoją drogą zawody obi tym różnią się od innych sportów, że każdy stara się jak najmniej przeszkadzać innym. Tylko w tym sporcie psy są uciszane i uspokajane jak najszybciej, nikt nie nakręca swojego psa np. piszczącą zabawką tuż obok ringu, gdzie startuje inny pies. Mijając się podczas wysikiwania psa również każdy stara się zapobiec ewentualnym spięciom i czasami nawet idzie się inną drogą, zawsze z psem pod kontrolą. Dużo jest w regulaminie i przeważnie się go przestrzega, choć bywają i uwiązane psy w kagańcach pozostawione na terenie zwodów czy bardzo agresywne osobniki atakujące inne dosłownie co pare minut, niezależnie gdzie właściciel je prowadzi. Na szczęście w tym drugim przypadku spokojne zwrócenie uwagi i wytłumaczenie paru spraw daje rezultaty.
Taka postać rzeczy nawet mi odpowiada, nie biegają nigdzie nadmiernie nakręcone, drące mordki psy, nikt nie stara się na siłę pogłaskać psa czy podchodzić ze swoim do Twojego. I tak powinno być.

Obi widać, że się rozwija. Coraz więcej organizuje się zawodów, zaprasza się dobrych, zagranicznych sędziów, organizuje seminaria... Jeszcze nie osiągamy mega sukcesów na ringach światowych, ale młodzi, chętni zawodnicy mogą kiedyś pokazać na co stać biało-czerwonych. Cieszy to, że tak wiele osób ćwiczy ten sport chociażby dla własnej frajdy, bo pokazuje to większą świadomość ludzi. Mam nadzieję, że więcej osób będzie startować a oddziały ZK będą zgadzać się na organizację większej ilości zawodów. Warto to rozwijać.



Tak sobie myślałam też o naszym obi, naszej Drużyny Specjalnej Troski. Przez tydzień po powrocie z zawodów odpoczywałyśmy obie fizycznie i psychicznie, czasami tylko pokazałam psicy jakiś wesoły element z rally-o, dla rozluźnienia i zużycia próbek karmy z prezentów. Psica nieźle się zaborderzyła, przez cały czas gdy chciałam wytłumaczyć jej powrót przede mnie, nie do równania, gdzieś ten tyłek jej wędrował w bok, nawet w lekkich podrygach, co czasami wyglądało komicznie. Po prostu zmęczenie materiału.
OMG drzewo!
nie umiem robić zdjęć...
Trochę zastanawiałam się czy iść do klasy wyżej i startować następnym razem już w jedynkach, czy jeszcze męczyć tę przeklętą zerówkę. Jednak nie widzę dużego sensu w staniu w miejscu. Nawet jak będziemy zajmować ostatnie miejsca, to będzie to impuls do rozwijania się, będzie wiadomo co poprawić następnym razem. Poza tym przez zimę może uda nam się wypracować wszystko w znośnym stylu. Są tam ćwiczenia, które będą dla nas trudne, ale w końcu się z nimi uporamy. W końcu zarówno w zerówkach można znaleźć psy o wiele lepiej "pracujące" od Arki, jak i w wyższych klasach psy "pracujące" o wiele gorzej. A jaka będzie nasza przyszłość - zobaczymy.

środa, 5 września 2012

Zawody obedience o CACIOB we Wrocławiu 1-2.09.2012

Trochę się zbierałam do napisania tego posta. A jak już usiadłam, to ostrzegam - będzie długo! Dla szybko nudzących się polecam inne lektury :)
Wczoraj, późnym popołudniem udało nam się bezpiecznie wrócić z zawodów obi. Przygoda całkiem niezła, ale cel osiągnięty - Mysza zdobyła wniosek o CACIOB, Arka zaczęła się otwierać. Ale wszystko po kolei.

Wystartowałyśmy już w czwartek rano. Była to moja pierwsza tak daleka (360km w jedną stronę) podróż samochodem, gdzie byłam jedynym kierowcą i nie ukrywam, że miałam duże obawy. Przez pewien czas szukałam nawet kogoś na zmianę lub choć na "wszelki wypadek", ale ostatecznie pojechałyśmy tylko w świetnym gronie dwóch ludzi (ja i Aga) i dwóch Borderów (Arka i Myszka). Jakoś po 7 godzinach mordęgi dotarłyśmy. Nie obyło się bez zabawnych chwil gdy np. po przejeździe paru kilometrów strasznych dziur GPS postanowił spaść z haka a z powodu prędkości nie miałam jak go zaczepić z powrotem lub gdy na ostatnich 50km odbijało nam całkowicie. Zaliczyłyśmy nawet schizę, że złapałyśmy gumę lub odpada nam koło :D Po drodze Aga siedziała z nosem w moim biednym laptopie, dzięki czemu byłam na bieżąco z najnowszymi wieściami :)

Musiałyśmy zmienić wcześniej zarezerwowany hostel i trafiłyśmy na bardzo tani, ale wart jedynie takiej ceny. Warunki mocno studenckie... Jakoś jednak przespać się dało, dzięki czemu piątek spędziłyśmy na zwiedzaniu miasta i odstresowywaniu się, gdy psice tęskniły za nami w pokoju i resetowały bateryjki. Po południu pojechałyśmy też zapoznać się z terenem na treningu, przy okazji pogadać ze znajomymi i poznać trochę ludzi. Ciągle zastanawiam się, czy jednym z naszych celów nie było też przemoczenie do suchej nitki...

Sobota to już dzień startu. Wstałyśmy bladym świtem by spokojnie się naszykować i dojechać na plac (jak to dobrze, że we Wrocławiu jest tak mały ruch a ja jeszcze mam jakiś refleks...). Trochę przed startem psica postanowiła zerwać obroże, którą nakładałam jej na starty i treningi. Nieźle ciągnęła, by do mnie dotrzeć gdy Aga ją prowadziła...
Mój poziom stresu sięgał całkiem niezłych wysokości a starty miały zacząć się już za chwilę. Arka szukając jakiegoś ratunku w postaci bardziej stabilnej osoby wciąż zalizywała Agę, która była niesamowicie "szczęśliwa" z tego powodu (glizdolenie wynikało jeszcze z jednego powodu, o którym później). Dla uspokojenia jej, poszła ona z nią do Na Falowców, gdzie została porządnie wygłaskana i uspokojona. A ja miałam chwilę na zebranie myśli i zastanowienie się nad sensem życia.
Wreszcie, czas na nas. Nie było tragedii:

(Jak w wielu moich filmikach, polecam wersję HD)

Pare słów na temat mojego startu pewnie się przyda. Z mojego punktu widzenia była to tragedia, jednak na filmiku nie wygląda to aż tak źle. Sędziował nas Arnold, także nie spodziewałam się innej oceny niż doskonała, ale wciąż dążyłam do perfekcji. Bardzo pomagała nam Aleksandra, nasz komisarz - na prawdę dobra robota!
trochę motywacji przed startem
trochę skupienia przed startem
gruby szczur z jasnym okiem
Socjalizacja wyszła wyśmienicie, ogonek w ruchu (<3), glizdolenie, ale też wytrzymana pozycja. Zostawanie bardzo mi się podobało, zwłaszcza po oglądaniu się w Powsinie czy zawąchaniu na treningowych zawodach. Tu idealne skupienie z małą reakcją na idącą na psa sekretarz ringu (po cholerę szła na psa?), nie mam nic psu do zarzucenia. Sama mogłam tylko poprawić ją w siadzie przed położeniem jej, by była bardziej prosto, ale to szczegół.
Chodzenie przy nodze nie jest naszą mocną stroną i o ile na treningach Arka jest w stanie długo i w pięknym stylu, z pełnią energii iść przy nodze po różnych nawierzchniach tak na zawodach mój stres, dziwne sytuacje i pare innych czynników sprawia, że pies niemiłosiernie spina się a ogonek wędruje w dół. Były też momenty totalnego nieskupienia, zwłaszcza gdy pies zapatrzył się na parę występującą na placu obok lub na Agę poza ringiem. Jest to nauczka, by przyzwyczaić psa do takich sytuacji. Wiedziałam też o jednym newralgicznym miejscu i kurcze nie zareagowałam odpowiednio przez co się zgubiłyśmy. Zrobiłam też rzecz straszną dla psa - podczas chodzenia wypowiedziałam dwa razy mocno karcącą komendę. Chciałam ratować sytuację, a zadziałało to odwrotnie, zrobiłam z psa szmatę. Znów nauczka na przyszłość.
smutne chodzenie przy nodze
kiedyś ten ogonek pójdzie w górę!
Przywołanie wyglądało już wyśmienicie, sucz znów na pełnej prędkości przybiegła, nie dotykając mojego kolana, za co ją uwielbiam :) Tym razem podobało mi się też odprowadzenie, również oceniane. Niby zgubiłyśmy się na końcu, ale było dobrze.
Aport był nieporównywalnie lepszy niż na poprzednich startach, choć musiałam pomóc suczy ciałem, by dobrze usiadła. Wolałam stracić punkty niż nauczyć psa olewania pozycji zasadniczej. Aleksandra powiedziałam mi po zawodach, bym zawsze starała się oddawać koziołek do tyłu, w sposób niewidoczny dla psa. Unika się zapatrzenia w zabawkę i myślenia o czym innym :)
Przeszkoda jest ulubionym elementem Arki, robi go idealnie i nawet dla własnej przyjemności. Nic bym nawet nie zmieniała, może siłę własnych gestów, już niepotrzebnych.
Na koniec zmiana pozycji. Sądziłam, że siad będzie szybszy, choć wciąż całkiem ładnie to wyglądało.

Ostatecznie, zajęłyśmy lokatę 2 na 16 par, otrzymując 94/100pkt, ocenę doskonałą. Małe Zło wypracowało sobie pyszną puszkę, którą pożarła szybciej niż zdążyłam otworzyć. Ten dzień był idealny dla jej socjalizacji. Najpierw została wygłaskana przez paru zawodników, potem podczas rozdania nagród musiała wytrzymać w bliskiej odległości innych psów, poradzić sobie w miejscu przesiąkniętym adrenaliną i stresem ludzkim i psim. Bardzo dużo jej to dało. Aga z Myszką wykosiły co miały i co mogły - uzyskały wniosek o CACIOB. Wszystkie nagrody ledwo zmieściły się w bagażniku :D
tak, wiem, mam straszną minę...
nasze miszcze! i tak nie wzięłyśmy do zdjęcia wszystkich nagród...
nagroda większa od psa!
Teraz już wiem czemu Obi jest tak męczące dla psów - same padłyśmy ze zmęczenia tuż po powrocie, dałyśmy radę tylko uzupełnić wyniki w bazie.

 Niedziela nie należała do tak udanych, ale wciąż była bardzo optymistyczna. Przytrafiło nam się pare niefortunnych zdarzeń, które mimo mojego większego luzu i lepszego samopoczucia psa sprawiły, że występ był o wiele gorszy. Już na start weszłyśmy całkowicie nieprzygotowane, bo wszystko nagle przyspieszyło, ktoś zrezygnował, kogoś nie było i musiałyśmy już, natychmiast wejść. Nieźle mi to ciśnienie podniosło.

(Znów polecam lepszą jakość :) )
Socjalizacja ponownie przebiegła wyśmienicie. Niestety zostawanie nie było już tak udane. Od chwili mojego zatrzymania 10m od psa, jakaś kobieta za ogrodzeniem starała się ze wszystkich sił przywołać swojego psa. Tak bardzo się darła, że pies nie wytrzymał presji i w końcu usiadł. No nie dziwię jej się ostatecznie, choć trzeba będzie i nad tym popracować.
Chodzenie przy nodze było weselsze i luźniejsze, bo i ja byłam mniej zestresowana. Stąd i ogonek w górze. Widać też zmianę zachowania gdy idziemy na płotek i od niego. Niestety coś dziabnęło psicę - jakieś cholerstwo latało w okolicy, bo wiele psów było pogryzionych, niektóre musiały nawet zrezygnować z dalszego występu. Cieszę się, że dała radę iść dalej, choć mogła się aż tak nie zawąchiwać na trawkę...
idziemy?
już jest radość
Przed przywołaniem znów coś ją ugryzło. Samo chodzenie na przeszkodę jest dla psa trudne a gdy dodatkowo za tą przeszkodą był inny pies to już w ogóle skupienie się posypało. Wciąż jednak wykonane było w bardzo ładnym tempie i z dobrą precyzją przy "lądowaniu".
lecem, pędzem
Aport był mistrzowski. Ten kto widział, ten wie, ile miesięcy namęczyłam się, by Arka choć zechciała wziąć koziołek do pyska. Długo przy aporcie wyglądała jak zbity pies, bez jakiejkolwiek energii. Tym razem po namowach od Agi, rozbawiłam ją między ćwiczeniami. Efekt? Powrót w wymarzonym tempie. Psica dodatkowo nie chciała puścić aportu, tak bardzo chciała się nim poszarpać. Musiałam powtórzyć komendę, by do ciasnego móżdżku dotarło. I choć straciłam na tym punkty, dla mnie było to mistrzostwo i największe osiągnięcie, niesamowicie się z tego ucieszyłam, bo zobaczyłam efekty bardzo długiej i intensywnej pracy.
Przeszkoda znów była dla mnie idealna i trochę zdziwiło mnie odjęcie 0,5pkt. Ale to szczegół.
Przy zmianie pozycji widać było już zmęczenie materiału, nie chciało się suczy ruszyć i znów komenda musiała być powtórzona.

Mimo wszystko, uplasowałyśmy się na miejscu 5 na 15 z 88,5/100pkt (ocena doskonała). Niesmak pozostał, choć Aga ciągle powtarzała jak bardzo start był udany. Niby prawda, bo mi dał większy spokój podczas występu a Arce pomógł trochę się otworzyć. Aga tym razem zrezygnowała z oceny i weszła na ring treningowo, dając ukłon innym zawodnikom. Wyniki znów spisałyśmy tuż przed padnięciem do wyrek...
Niedzielny wieczór spędziłyśmy już tylko na dyskusjach na psie i sportowe tematy a także na relaksie przy Hali Stulecia. Nie miałam pojęcia, że spektakle we Wrocławskich Fontannach są tak piękne!
Po zaliczeniu miliarda pogryzień przez komary zaczęłyśmy wracać do hostelu. I tu spotkała mnie niespodzianka. Arka zaczęła wpadać w swój trans a po pewnym czasie obie miałyśmy niezłe problemy, by ją z niego wyprowadzić. Straszne były nie tylko samochody, ale i kosze na śmieci, niby zwykłe odcinki ogrodzenia, cienie... Po raz pierwszy widziałam ją w tak marnym stanie. Nieźle zepsuło mi to nastrój na resztę dnia.
Wyszło, że im bardziej psica się otwiera i wychodzi ze swojego świata, tym więcej rys na jej psychice widać. Ma nerwowe i obsesyjne zachowania jak np. lizanie szelek czy pasów samochodowych, glizdolenie i "ataki" lizania (tak jak przed sobotnim startem) czy właśnie takie akcje.

Poniedziałek znów spędziłyśmy w samochodzie, starając się nie umrzeć z nudy i zmęczenia. Teraz rozumiem jak można przysnąć za kierownicą (sama w pewnym momencie zamyśliłam się głębiej) i jak męcząca jest jazda bez tempomatu (nie ogarniam tej funkcji w moim samochodziku przez co cała prawa noga ścierpła mi niesamowicie). Niby ruch bardzo mały, bo wszyscy w pracach i szkołach, ale też jakieś wariackie tiry się znalazły, przerywając rozmowy o bagienkach w polskim ZK. Do domu dotarłam ostatkiem sił, podziwiając samą siebie. Przed następną tak daleką podróżą trochę się zastanowię, bo nawet te sterty nagród mnie średnio namawiają :)
tyyyyle prezentów przywiozłyśmy! (część od Agi :D)
Musimy jednak startować jak najwięcej, bo takie obycie z ringiem daje zarówno mi jak i Arce większy spokój. A im lepiej będziemy czuć się na ringu, tym lepiej będzie nam wychodzić :) Planowałam na tych zawodach zakończyć karierę w klasie 0, ale teraz zastanawiam się nad jeszcze paroma startami. Być może w tym roku pojawi się jednak moja klasa na zawodach a w styczniu chciałabym w łatwiejszych warunkach zapoznać psa z zawodami w hali. Ale pożyjemy, zobaczymy.

Fajnie mieszkało się z dwoma Borderami, zwłaszcza tak skrajnie różnymi - Mysza stabilna, silna psychicznie a Arka wręcz odwrotnie. Są podobne chyba tylko wzrostem :) Myszka na dodatek wykazywała się swoim uwielbieniem do bycia głaskaną gdy np. o 5 nad ranem postanawiała wskakiwać do mojego łóżka z prośbą o wyrazy uwielbienia. Najlepsze było też synchroniczne leżenie na plecach czy walki o piłkę :) Jakoś mimo sporadycznych powarkiwań i obrony wygranych nagród psice dobrze się dogadywały, zwłaszcza, że Arka to opasły szczur czasami w wersji obediencowej ;) Arka przez swoje trudne do wymówienia nawet dla mnie imię rodowodowe otrzymała ksywkę Risotto, ewentualnie Arka Ryżowa Fantazja :D

Miło było też poznać tyle osób znanych mi z różnych miejsc w internecie czy też z zasłyszenia. Bardzo byłam ciekawa niektórych występów i cieszę się, że widziałam je na żywo. I choć zdarzało się jawne i wielokrotne łamanie regulaminów, to wciąż zawody wspominam bardzo dobrze. Ale to duża zasługa idealnej organizacji i dobrych sponsorów (dobra robota Krzysztofie!).
Taki "światek" psiarzy z zwłaszcza obediencowców jest na prawdę fajny :)

Za zdjęcia dziękujemy Sarze Naporze, Alicji Wasilewskiej i Adze Żabińskiej. Za nagrania dziękujemy Ilonie Sakowskiej.