"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

niedziela, 26 sierpnia 2012

Z każdym psem się da!

Ostatnio zauważyłam pewną dziwną tendencję. Trochę związaną z modą na słiit bołdełki.
Człowiek myśli sobie o sportach kynologicznych. Nawet nie na wysokim poziomie, ale o czymś ogródkowym, sezonowym, okazyjnym. I w tym momencie uaktywnia mu się w głowie ciąg skojarzeń: na zawodach wygrywają często Bordery -> muszą one być stworzone do sportu -> inne rasy nie są tak dobre -> chcę psa do sportu to tylko BC.

Ale czy to prawda? Czy tylko Border nadaje się do sportu?
Jak dla mnie nie. Jeżeli ktoś myśli o sportowym championacie, to pewnie ta akurat rasa będzie jak najbardziej słusznym wyborem, bo ze względu na predyspozycje, dobry przewodnik tak ukształtuje psa, że uda im się zdobyć ten tytuł. Choć też nie każdy Border nadaje się do sportu - może trafić się ciężka choroba, epilepsja czy dysplazja i nici z dotychczasowej aktywności. Może trafić się psychika tak marna, jak arkowa a mogą jeszcze inne problemy na podłożu psychicznym. I wtedy o wysokim poziomie jakiegokolwiek sportu można zapomnieć, nawet będąc pod skrzydłami najlepszych trenerów w Polsce.
Jest tak dużo ras wręcz stworzonych do sportu, nadających się idealnie pod kątem fizycznym jak i psychicznym. Ale jakaś tendencja już istnieje i inne rasy nie są tak bardzo "promowane".
Jak cudownie w końcu wyglądają Westy, Jack Russele, Szetlandy, Pudle wszelkich rozmiarów podczas biegu po torze, łapania frisbee czy skupienia podczas obi. Zresztą daleko nie szukając, na naszych pierwszych zawodach pokonał mnie Borzoj, czego długo nie zapomnę! :D
Gdy się chce i gdy jest się dobrym przewodnikiem, każdego psa można doprowadzić do najwyższej klasy startowej. Nawet zwykłego kundelka czy inną dwarniaszkę bez rodowodu. Brak dokumentu może i nie pozwala na uzyskanie certyfikatów czy tytułów, ale wciąż daje możliwość zajścia bardzo daleko. Nadal pamiętam jak na seminarium świetnie biegało mi się z Gutkiem, bardziej doświadczonym ode mnie. Niby mix a na podium staje niesamowicie często.

Jest pełno aktywnych ras, mnóstwo psów, które z ogromną przyjemnością wpisaną na pysku wyjdą na parokilometrowy spacer a na dokładkę pobiegają po torze agi czy połapią dekle. Ale wystarczy chcieć rozejrzeć się za inną rasą niż obecnie za popularne Bordery. Nie chcę zniechęcać nikogo do tej konkretnej rasy, bo sama ją pokochałam nawet mając w domu wyjątkowo marny egzemplarz. Warto jednak wyjść poza schemat.


Notki za tydzień prawdopodobnie nie będzie, lub będzie bardzo opóźniona. Drużynę Specjalnej Troski czeka wyprawa życia, koło 350km w jedną stronę, pełną stresów ale pewnie i chwil radości. Jedziemy zmierzyć się z kilkoma zadaniami, strachami i wyobrażeniami. Przydadzą się dobre fluidy i kciuki trzymane już od czwartku :) Oj będzie ciekawie...

niedziela, 19 sierpnia 2012

Pies o bardzo delikatnej paszczęce...

Arka należy do bardzo delikatnych psów. Zarówno pod względem psychicznym, co udowadnia mi nieprzerwanie od prawie 3 lat jak i fizycznym. O ile upadek podczas biegu czy zderzenie z moim kolanem nie robi na niej wrażenia o tyle ma bardzo delikatny chwyt co jest zarówno zaletą jak i ogromną wadą.

Jest to zaletą, bo raz kupione Hero Xtra starcza nam na 2 lata i posłuży jeszcze co najmniej kolejne dwa. Pomijając pojedyncze rysy, zdarty napis (chyba od noszenia w plecaku i mycia po spacerach) i trochę wgnieceń na brzegach, dysk wygląda jak u niektórych po jednym treningu :) Z kolei gdy pożyczyłam dysk "delikatnej w chwycie" innej borderce wrócił do mnie z pięknymi śladami ząbków, prawie jak po zabawie z Draculą. Dog Chowy już się szybciej niszczą, ale wciąż wytrzymują zaskakująco długo.
Co ciekawe, Arka preferuje Herowsy (tak samo jak ja), na dodatek jest kolorowym rasistą, bo zdecydowanie woli różowy dysk :D
Jeżeli chodzi o oszczędność na dyskach, to prawie że Drużyna Specjalnej Troski doszła do perfekcji.
ktoś uwierzy, że ten dysk był używany już z...10 razy?
Największe uszkodzenia na Dog Chowie
Dotychczas wyrzuciłam tylko jednego Hero Xtra. Ten, Świetlik trzyma się najlepiej.
Nie do zdarcia
Najczęściej używany dysk przez ostatnie dwa lata
już więcej szkód sprawiło szarpanie niż zwykła zabawa
ten dysk jest w najgorszym stanie spośród wszystkich
Taka delikatna szczęka ma też swoje wady. O ile aport otrzymałam z nią w zestawie, wraz z wyłącznikiem on/off i nigdy za bardzo nie musiałam się nad nim męczyć, o tyle koziołek był już dla psa rzeczą straszną. Ile ja się namęczyłam, by Arka choć chciała go wziąć do pyska, ile by zechciała go trochę ponieść, potem przynieść w ładnym aporcie formalnym... Oj była to droga przez mękę i wciąż trochę się męczymy.
Długo bardzo słabo trzymała koziołek, ledwo co zaciskała szczęki co było ryzykowne w obliczu zawodów. Na szczęście różne ćwiczenia trochę to umocniły i obecnie nie ma takiej tragedii, choć idealnie nie jest. A wystarczy, by jeden pies naszczekał na nią podczas podejmowania aportu i już wiem, że nic z tego nie będzie...
Pomijając siłę zacisku, psica i tak kocha rozwalanie :) Nie ma nic lepszego dla Bordera niż położenie się na trawce i rozgryzanie, rozrywanie i ogólna destrukcja wszelkiej maści patyczków i gałązek, ewentualnie liści i kupek trawy rzuconych przez kogoś nieopatrznie.
Da się to zjeść?
Wszystko ma swoje zady i walety ( ;) ). Chyba wolałabym już wydawać więcej na rzadko używane dyski niż męczyć się przez pare miesięcy z koziołkiem... Ale niektórzy pewnie się ze mną nie zgodzą uważając frisbee za sport nadrzędny :)

niedziela, 12 sierpnia 2012

Wracamy do gry, choć... z mieszanymi uczuciami.

Potrzebowałam chwili. Na zastanowienie się nad celami, motywacją, przeszłością i przyszłością. Chwila była bardzo krótka, ale warta zużycia ogromnej ilości wody i soli do kąpieli produkującej pianę.
Chyba nigdy do końca nie zrezygnuję z pracy nad Arką, bo nie wyobrażam sobie po prostu zamknięcia jej w domu. Nie po to brałam psa rasy pracującej, nie po to szukałam pomocy po całej Warszawie a nawet Łodzi. Teraz jednak widzę, że nigdy nie osiągnę swoich celów i Małe Zło nie przemieni się całkowicie w potulnego, kochającego wszystkich Borderka. Taka się urodziła, takie feralne geny otrzymała i taka pozostanie.
Zmiany oczywiście się zdarzają. Pisałam już o moim starszym kocie, którego niektórzy członkowie rodziny spisali już na straty, tak marnie z nim było. Z pomocą naszej kochanej pani weterynarz udało się jednak kocicę uratować (nikt do końca nie wie co było kotu ani czemu nagle ozdrowiała, ale tak się stało). Pół-dziki kot, niegdyś niepozwalający nawet dotknąć się, przemykający jedynie od kryjówki w szafie do kuwety i miski, obecnie całym sobą pokazuje wdzięczność. Zaczął tolerować moje podnoszenie do góry, choć na razie tylko sztywne, bez podwijania ogona pod rękę czy coś. Zaczęła spać w moim pokoju, w moim łóżku, wesoło wita nas, częściej miauczy zaczepiająco... Chyba wszyscy jesteśmy w szoku, bo zmiana jest ogromna.
Ale z Arką pewnie tak nie będzie. Bardzo załamał mnie nasz wspólny wyjazd, bo w niesłychanie dosadny i bolesny sposób pokazał jak ŹLE jest.
Długo myślałam nad naszą przyszłością sportową, nad tym czy warto to w ogóle ciągnąć i dalej się kompromitować, nie mówiąc już o przynoszeniu ujmy klubowi. Na ostatnim treningu obi Arka pokazała jak niektóre rzeczy ją przerastają, choćby kwadrat. Nagle ni stąd ni zowąd stwierdziła, że go nie wykona. Nie i już, mimo maksymalnie małej presji, mimo nagród, mimo już bardzo dobrego wstępu do niego. Po prostu siedziała przy nodze, uporczywie wpatrując się w kwadrat, zamknięta, przerażona...
Czasami najzwyczajniej w świecie nie pojmuję jej reakcji. W momencie bez presji zareagowała wypaleniem, za to innego dnia, gdy trochę mocniej ją przycisnęłam, pojawił się ładniejszy wyraz pracy bez widocznych złych efektów. Na wyjeździe zaskoczyła mnie swoją zmianą nastawienia, w ciągu ułamka sekundy z przytulastej glizdy wskoczyła w skórę agresora.

Bardzo walczę nad jej rozluźnieniem, bo czasami nawet bawiąc się frisbee, które jest jednym z najlepszych motywatorów dla niej, jest bardzo spięta. Psuje się wtedy technika skoku i efektywność w łapaniu. Udało mi się nakręcić krótki filmik o naszym rozpaczliwym frisbee. Nie umiemy dużo, bo nie zajmujemy się nim często, ot gdy najdzie mnie ochota trochę porzucać. Będę wdzięczna za konstruktywne porady i nie wyśmiewanie wszystkich potknięć :)

Nie wiem czy istnieje jakiś idealny dla nas sport. Agility okazało się miażdżące dla jej psychiki, frisbee za trudne dla moich nadgarstków i skoczności psa, flyball niedostępny, dogtrekking trudny z powodu bliskości innych zespołów, owce zbyt pewne siebie. Obi jeszcze dajemy radę ćwiczyć we własnym, ślimaczym tempie.
Zastanawiam się, czy jeszcze startować w zawodach. Na razie planuję jeszcze dwa występy w tym roku, z czego najbliższy będzie sprawdzeniem stanu Arki po 2 godzinach podróży. Nawet jak całkowicie nam nie będzie wychodzić, można przerwać start i wyciągnąć z tego wnioski.

Niektórzy pisali w komentarzach o własnych problemach. Przykro mi z tego powodu, ale trudno porównywać genetycznie chorą psychikę z gonieniem aut. Nie da się porównać czyichś problemów ze sobą, bo każdy ma inną skalę i inaczej odbiera rzeczy. Każdy problem jest przykry i trzeba choć próbować go rozwiązać, ale w niektórych przypadkach książki dla świeżoupieczonych właścicieli po prostu się nie sprawdzają. Bo, jak pisała Gato, to nie ta liga.

Kończąc te żałosne wywody, zapraszam do przeczytania i komentowania mojego najnowszego postu na Psim Nosem.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Chamstwo się pleni na potęgę.

Dzisiaj notka trzyczęściowa. Postaram się krótko.

Pierwszą rzeczą jest chamstwo psiarzy. Człowiek idzie sobie do parku ze swoim psychicznym psem w nadziei, że na pobocznym, pustym poletku da radę w spokoju poćwiczyć ze znajomą obi i frisbee. Nawet po części nam się to udało. Gdyby nie jedno małżeństwo, które postanowiło zmarnować mi humor.

Arka bardzo broni naszego plecaka i wiedząc o tym, gdy zauważyłam kundelka zbliżającego się do niej i naszych rzeczy, poprosiłam grzecznie o odwołanie pieska. Wtedy zaczął się piękny pojazd po mojej osobie, usłyszałam jak to jestem apodyktyczna i jak traktuję psa jak dziecko (przepraszam, w którym momencie? gdy ratowałam ich psu życie lub zdrowie zarówno fizyczne jak i psychiczne?). Trochę mi zajęło zanim pozbierałam swoją szczękę. Sprawdza się to, co kiedyś stwierdziłam z byłą trenerką - w parkach najwięcej jest wariatów.

Obecnie coraz mniej jest miejsc do poćwiczenia - na Polach Mokotowskich nieuprzejmi wariaci, na Moczydle agresywni wariaci, jeszcze w parku Bródnowskim nikt mnie nie zaatakował. Czy na prawdę trzeba wiecznie szukać zaczepki z każdym? Taka to ujma po prostu po uprzejmej prośbie odejść jak i tak się szło? Niedowartościowani niektórzy ci ludzie...
Drugą sprawą jest sprostowanie do postu Nasza historia. Sądziłam, że o tym napisałam a zapomniałam dać cały akapit.
Otóż zanim zaczęłam się tak bardzo interesować ISDSami, zaciekawiły mnie linie bardziej wystawowe, chciałam po raz pierwszy w życiu wypróbować też swoich sił w wystawach. Potem mi się odmieniło, bo im więcej się dowiadywałam i widziałam tym mój obraz idealnego Bordera się zmieniał. W każdym razie przed poszukiwaniami hodowli pracującej, miałam zarezerwowane szczenię w hodowli Q'celtic. Już nawet mieliśmy odbierać szczenię, ale pare niejasności, trochę nieporozumień i kłótni (nie między nami i hodowcą) sprawiły, że nie otrzymaliśmy szczenięcia.
Czy dla nas lepiej? Kto wie.
Trzecią i ostatnią sprawą jest mój brak sił. Mam już dosyć, moja anielska cierpliwość się skończyła. Po prostu odechciewa mi się dalszej intensywnej pracy nad Arką, gdy nie widzę najmniejszej poprawy. Sucz już zawsze pozostanie niestabilna psychicznie, już zawsze będzie lękowcem (dzisiaj zsikała się ze strachu, gdy z pralki spadła gazeta) i już zawsze będzie dla mnie ogromną zagadką. Nie jestem w stanie czasami przewidzieć jej zachowania, zbyt szybko się zmienia bez jakichkolwiek sygnałów, nawet CSów. Przy pomocy dwóch świetnych trenerów nie udało się jej ustabilizować. A mi już po prostu się nie chce.