"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

niedziela, 29 lipca 2012

Nieprzystępna ta ziemia suwalska...

W odchodzącym już tygodniu miałyśmy przyjemność "odpoczywać" na Suwalszczyźnie, na (dosłownie) końcu świata, 2 kilometry od Litwy, gdzie o polskim zasięgu (lub jakimkolwiek) i normalnym akcencie można było pomarzyć. Przywitano nas chłodem, agresywnymi psami i szutrowymi drogami, zatrzymano drutem kolczastym i zakazami wstępu a pożegnano upalnymi temperaturami, padniętym psem i torbą ekologicznego, regionalnego jedzenia. Innymi słowy - nie do końca wyjazd się udał, bo nie było to to, o czym myślałam, że będzie, ale jak zawsze głupi ma szczęście i i tak nie wylądowaliśmy tak źle. Ośrodek zasłużył na pare zdań opisu, gdy najdzie mnie wena i chęci, opiszę go na blogu Świat na 6 łap.

Nasza przygoda zaczęła się dobrze, bo dzięki trzem przypominającym kartkom w całym domu udało nam się nie zapomnieć psa :D W zeszłym roku podczas wyjazdu na zjazd szczeniąt o mało co Arkosława nie została w domu.
Tym razem ja posłużyłam jako drugi kierowca, gdyż wzięliśmy mój samochód - małe to, skrętne i o mocnym silniku, za bardzo nie kusi do kradzieży a wymaga dotarcia. Na bezdrożach idealnie samochód się dotarł, obecnie po warszawskich dziurach jeździ się gładko i bezboleśnie a ostre podjazdy pod górkę nie są problemem :)
więcej tam Litwinów niż Polaków



niebo to już czy jeszcze ziemia?

wreszcie mogłam po prostu popatrzeć w niebo
Oprócz zarzynania silnika podczas wjazdu na wysokie pagórki, naszym celem było wyrobienie sobie kondycji i chwila odpoczynku z psem. Trochę przesadziliśmy z obiema sprawami, bo 20km dziennie spacerku po szlakach jednak nadwyrężył nasze siły zamiast je wzmocnić a odpoczywanie nad jeziorami przyprawiło nasze skóry o piękny, czerwono-piekący odcień.

wreszcie wolność!


wariat
stan na początek dnia...
...i na jego koniec
różowy kocyk jest najlepszy
Plusem takich wypraw jest chociażby to, że doszłyśmy z Arką do lepszego porozumienia w kwestii ciągnięcia na smyczy - dzikus niestety miewa czasami obłęd w oczach, zwłaszcza, gdy wyczuje wodę (ktoś mówił, ze to Retrievery najbardziej ją lubią?). Ale po pierwszych 10km chyba coś do ciasnej czaszki dotarło i szło się zdecydowanie raźniej. Razem zdobywałyśmy skromne, pobliskie pagórki (co to jest 300m ostro w górę w piekącym słońcu?), taplałyśmy w krystalicznie czystych jeziorach (W niektórych przejrzystość wynosiła pare ładnych metrów! Widać było jej czystość, bo rosły liczne rośliny, nawet te pod ochroną.), uciekałyśmy przed agresywnymi, czworonożnymi obrońcami gospodarstw, odpoczywałyśmy w pubach i ostatecznie wieczorem leżałyśmy bez sił. Arka dostała pierwszych w swym marnym życiu zakwasów i dla ulżenia sobie chodziła przez dzień czy dwa inochodem - gdy tylko to spostrzegłam, przeraziłam się przepowiadając Arce ciężką dysplazję i dopiero telefoniczna konsultacja z Agą znów postawiła mnie na ziemi.

pies zapadający się w bagno to wcale nie taki dziwny widok
o mamo, ja pływam!
taka "żyjąca" woda bywała gdzie-nie-gdzie
Psica w ośrodku zachowywała się wzorowo, pewne małżeństwo mieszkające wraz z nami przez pare dni nawet nie wiedzieli, że mamy ze sobą psa :) Gdyby nie jej odchyły, byłoby idealnie. Niestety musiałyśmy codziennie użerać się z agresywnym psem gospodarzy (który tylko na wyraźne żądania był zamykany na 5 minut w piwniczce) i dziećmi chcącymi wiecznie głaskać ślicznego pieska (ale po pokazie jej umiejętności natychmiast zainteresowanie zmalało).
takie coś mieliśmy na podwórku
bociany nam spowszedniały, były wszędzie...



Oprócz tych nieprzyjemności, przykre było otoczenie naszego miejsca zamieszkania. Liczyłam na otwarte pola i łąki, swobodny dostęp do jezior, pełne ludzi szlaki turystyczne. Zamiast tego ciągle zderzałam się z pastuchami pod prądem i drutem kolczastym odgradzającymi nawet zwykły ugór czy pole zboża. Zagrodzone było większość jezior, nawet tych najpiękniejszych (czy ktoś pamięta jeszcze o ustawie wodnej??), na pojedynczych były prywatne, oczywiście odgrodzone zejścia i pomosty. Bardzo się na tym zawiodłam, bo zamiast puścić psa i cieszyć się z jej wolności, musiałam pilnie kontrolować ją na smyczy, by nie zrobiła sobie krzywdy nagle skręcając do jakiegoś zapachu. Zawiodłam się też na szlakach, oficjalnych, zaznaczonych nawet na 20-toletniej mapie. Nawet trochę martwiłam się, że napotkamy dziki tłum a tu pustki! Mijaliśmy pojedyncze osoby, dosłownie jedną-dwie dziennie i pare grup rowerzystów. Najczęściej jednak mijały nas samochody, robiące sobie z leśnych ścieżek autostrady, powodując u mnie niezły wzrost ciśnienia i napływ przekleństw na język. Czyżby piesza wędrówka całkowicie już wymarła na rzecz stylu japońskiego, gdzie jeździ się od zabytku do zabytku i robi zdjęcia przy samochodzie? Bardzo mnie to dziwi, bo gdy wyjrzało się już za drut kolczasty, można było nacieszyć oczy pięknymi krajobrazami, których nie widać z okna samochodu.
drut strzeże Cię przed zejściem na złą ścieżkę...
zdobyta góra Cisowa, na której kiedyś prawdopodobnie rósł jakiś cis
wie, jak wykorzystać wdzięk
dobra ta trawka, dobra...
Sami dużo jeździliśmy, głównie po to, by wyrwać się z tego ograniczonego zakazami miejsca do ciekawszych lokalizacji. Dzięki takim wędrówkom odkryliśmy całkowicie dziką i nieznaną "plażę" nad Hańczą, gdzie spędziliśmy pół dnia.
skaczesz?

objaw nędzy i rozpaczy, przetrzymywany w wodzie wbrew woli, zasługujący na interwencję TOZu
Loch Ness z Hańczy
"nie żartuj, że weszłaś do wody beze mnie??"
nawet w cieniu bywało za gorąco

"wyczuwam dobrą lekturę milady"
takie coś i nie tylko żyło w jeziorach
Cieszę się, że udało mi się tak psicę wymęczyć. Miałam nadzieję na jakiś luźniejszy tydzień ale już dzisiaj, dzień po powrocie, Mała Czarna znów przypomniała sobie, że o określonych godzinach może wymagać zabawy. Jednak co Border to Border :)

niedziela, 15 lipca 2012

Nasza historia

Każdy ma swoją historie, każdy ma swoją przeszłość i jakieś przeżycia za sobą. Długo zbierałam się do opisania naszych, w końcu pare osób prosiło mnie o to. Dzięki temu dla niektórych moje reakcje na niektóre fakty będą bardziej oczywiste. Nie będę niczego ukrywać, w końcu blog powstał do spisania wspomnień, nie do reklamowania kogokolwiek (czy jest sens reklamować Małe Zło? No właśnie :) ). Będzie długo, ostrzegam!

Wszystko zaczęło się około 4 lata temu, gdy całą rodziną szukaliśmy psa dla nas. Od zawsze były u nas psy różnej maści, najpierw mix PONa, potem krótko szczenię Rottweilera, które nam skradziono (w głowie się nie mieści jak to możliwe!), pare kundelków z pobliskiego schroniska. Wciąż posiadaliśmy czarną, uroczą Tekilę, zrozpaczoną równie mocno co my po utracie biszkoptowej Sary (nadal do końca nie wiemy co się z nią stało, zaginęła podczas ogromnej burzy, wydostała się przez ogrodzenie). Brakowało nam drugiego psiaka do wypełnienia pustki.

Długo szukaliśmy rasy dla nas, przejrzeliśmy wiele albumów, jeździliśmy na pobliskie wystawy, trochę pogadaliśmy ze znajomymi i hodowcami posiadającymi konkretne rasy. W końcu zwróciliśmy uwagę na Border Collie, aktywną i wymagającą rasę. Już w tym momencie byłam do końca zakochana w agility i wiedziałam, ze to ten sport chcę uprawiać. Po Sarze, bardzo kłopotliwym psie, ze słabą psychiką i ogromną lękliwością, a także po Tekili, wymagającej spokojnego podejścia podczas szkolenia stwierdziłam, że damy radę.

Czytałam wiele stron i for na temat rasy, poznawałam konkretne hodowle w Polsce. W końcu zapadła decyzja - kupujemy psa, mam tylko wybrać miot. Dzwoniłam do wielu hodowli nawet tylko porozmawiać, w niektórych hodowcy zaskoczyli mnie pozytywnie swoim ogromem wiedzy. Niektórzy jednak chcieli obcej osobie z miejsca wcisnąć szczenię na współwłasność O.o Bardzo spodobały mi się połączenia ISDSxFCI, chciałam psa o dobrym charakterze i predyspozycjach do sportu, z rodowodem FCI umożliwiającym mi starty w zawodach. Szukałam takiego połączenia w Polsce, jednak nie znalazłam go, dlatego zaczęłam poszukiwania w Niemczech i Czechach (słowackie strony były dla mnie całkowicie niedostępne...). Bardzo zależało mi, by rodzice byli zdrowi i "coś" robili, nie leżeli na kanapie od czasu do czasu latając za piłeczką. Tak oto trafiłam na miot w Czechach, w małej, całkowicie nieznanej hodowli Říše Fantazie. Nie liczył się dla mnie znany na świecie przydomek a to, co niosły psy. Ojciec miotu, Faehunden's OBOY ISDS 293631, był psem pracującym na co dzień przy owcach, wykazał się już na zawodach i w pomocy w gospodarstwie. Był wytrzymały psychicznie, dosyć dominujący, nie reagował na strzał (na czym bardzo mi zależało), miał nawet ładną budowę i kolorek (:D). Matka, Anette z Újezdského ranče, pochodziła z wystawowych linii, całkiem utytułowanych, sama zajmowała się rekreacyjnie sportami i pasieniem owiec, była przygotowywana do pracy w dogoterapii (obecnie już pracuje z dziećmi). Bardzo opanowana, przyjacielska ale nie nachalna do człowieka - bardzo pasował mi ten charakter. Cieszyłam się z takiego a nie innego rodowodu szczeniąt, bo miałabym psa pracującego i całkiem przyzwoitym eksterierze, myślałam też nad pracą w dogoterapii gdyby się udało zdać egzaminy.
by Beata Stybrova
by Eliška Jaňourová
Po krótkiej rozmowie z hodowczynią (niestety nie znała żadnego języka oprócz czeskiego, więc było to trudne), zamówiliśmy szczenię. Po narodzinach okazało się, że jestem bliska spełnienia swojego marzenia - urodziło się 5 czekolad i 2 czarnuszki, z czego jeden chłopak i same dziewuszki. Zmartwiło mnie, że hodowczyni chciała od razu dobierać psa według wyglądu, sądziłam, że poczeka choć pare tygodni na wyklarowanie się charakterów. Wtedy nie wiedziałam jak bardzo szczenięta w tej rasie potrafią być zróżnicowane, przystałam na tę propozycję i zarezerwowałam piękną czekoladową sunię.
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
Mijały tygodnie, czekaliśmy aż szczenięta będą miały około 4,5 tygodnia na odwiedziny hodowli. Mogliśmy sobie pozwolić tylko na jeden wyjazd do Pragi a głównie chcieliśmy sprawdzić jak wyglądają warunki i czy hodowczyni pisała prawdę o matce. Na szczęście wszystko było w porządku, warunki nie na bogato, ale porządne, szczenięta odżywione, matka tylko trochę chuda, ale niektóre znane mi psy były równie chude na co dzień. Problemem była zarezerwowana przez nas suczka - wyglądała na bardzo zmęczoną, wciąż spała, miała gorszą od rodzeństwa sierść i cały wygląd. Po długiej dyskusji, postanowiliśmy zmienić szczenię. Dwie suczki były jeszcze wolne, czekoladowa i czarna. I na którą trafiło? :) Wybraliśmy jednak Bordera o najpopularniejszym umaszczeniu. Mała Arka od razu przypadła nam wszystkim do gustu, szybko zaczęła gryźć sznurówki od naszych butów, psociła w pudełkach położonych na ziemi, gdy wychodziliśmy do ogródka popatrzeć na pokaz frisbee z drugim Borderem hodowczyni, jako jedyna wyskoczyła za nami z domu :) Widać to ona była nam pisana. Żałuję, że w tamtym czasie nie zrobiłam jakichś testów, nie rzucałam kluczami i patelniami... Znów, zaufałam hodowczyni i jej słowom, choć co ona mogła wiedzieć o ledwo 5-ciotygodniowym szczenięciu?
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
wiedziała jak nas zaczepić :)
Klamka zapadła, zaliczka została wpłacona, czekaliśmy na nasza małą kulkę. Umówiliśmy się z hodowczynią na odbiór psa w Cieszynie, w połowie drogi dla każdej z nas. I to był ogromny błąd, którego długo będę żałować. Szczenię przyjechało do nas w formie (za przeproszeniem) zasranej kulki strachu. Tu pojawiły się wątpliwości - brać ją czy nie? Pieniądze nigdy nie były problemem (kosztowała tyle, co Border w polskiej hodowli - 2500zł), bardziej chodziło o zwykłą uczciwość i naszą przyszłość z psem. Nie miałam jednak sumienia odsyłać takiego malucha znów do hodowli, stwierdziłam "trudno, jakoś damy radę!". Droga do domu minęła już w atmosferze szczeniaczkowo-pluszowej, maluch pięknie zniósł drogę po prostu śpiąc, podczas postoju zasypiając na moim miejscu :)
frak już wtedy się nie dopinał...

by me
ulubiona pozycja do spania

by me
W domu szybko się zaklimatyzowała, trochę miała tylko problemów z Tekilą. Zapisałyśmy się do psiego przedszkola po ostatnim szczepieniu i cieszyliśmy sobą. Na krótkich spacerkach widać było, że bardzo boi się wszystkiego - samochodów (ulica była przerażająca!), dzieci (nawet tych grzecznych, pytających o pozwolenie na pogłaskanie, ładnie wyciągających rękę), psów w szczególności (mamy niestety w okolicach strasznych szczekaczy w bramach. Nie była jednocześnie psem szukającym naszej uwagi, oprócz normalnych szczenięcych zabaw, wolała zostać we własnym świecie, jednak nie poddawałam się i dalej zachęcałam do współpracy. Przed trzecim miesiącem zaczęły się problemy z psychiką - na ostatnim szczepieniu ugryzła weterynarza, bez oznak w postaci CSów atakowała psy i czasami ludzi naokoło. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, nie miałam jeszcze styczności z czymś takim, z tak młodym berbeciem nie dającym żadnych znaków przed atakiem, choć Sara dała mi poznać co to znaczy lęk psa. W wiadomościach do trenerki z psiego przedszkola w szkółce Kamiga wytłumaczyliśmy na czym polega nasz problem, prosiliśmy o pomoc już od pierwszych zajęć, rady i wsparcie. Miałyśmy je otrzymać, choć nie doczekałyśmy się ich. Niestety więcej na zajęciach zdziałałam ja niż trenerka bardziej skupiająca się na komendach znanych już psu jak siad czy waruj niż problemach z jej psychiką. Na moje bezpośrednie pytanie "jakie metody proponuje na nasz problem" usłyszałam, że "agresja jest trudna do pozbycia się, zwłaszcza ta smyczowa, lepiej poczekać aż pies wyrośnie z tego". W tym momencie opadły mi ręce, zaczęłam szukać pomocy u treserów i behawiorystów, bo nie widziałam niczego dobrego w zostawianiu tego jak było.
czasami i Małe Zło się bawiło 
 Jednocześnie urwał się nasz kontakt z hodowczynią - praktycznie po tygodniu od odebrania jakoś coraz rzadziej odpisywała na maile, potem przestała w ogóle. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Zależało nam na kontakcie, ponieważ czekaliśmy jeszcze na rodowód eksportowy - bez niego mieliśmy dosyć drogiego kundelka. Nie otrzymaliśmy od kobiety już ani jednej wiadomości, w najgorszym momencie myślałam nawet nad pozwem, bo nienawidzę ludzi łamiących napisane przez siebie umowy. Szczęście w nieszczęściu, właściciel reproduktora okazał się prawdziwym hodowcą i dobrym człowiekiem, wraz z czeskim klubem Border Collie zainteresował się sprawą. Okazało się, że hodowczyni nie złożyła nawet wniosku o rodowody i sama zniknęła. Wspólnymi siłami udało im się uzyskać rodowody i rozesłać do właścicieli. Tylko dzięki ich ogromnej pomocy i zainteresowaniu mam prawdziwego rasowego psa. Mam za to nauczkę, by nie ufać nikomu, bo hodowla wyglądała na na prawdę porządną, choć małą. Tak to jest, jak nie ma się znajomości.

Dużo stresów miałam przez pierwszy rok życia Małego Zła, sprawa z jej psychiką i rodowodem, szukanie pomocy...Tu kolejna moja wada jako właściciela psa "specjalnego": nie znałam wielu szkoleniowców. Przez przypadek trafiłam do Lidii Lewandowskiej, mianującej się jednym z lepszych behawiorystów w Warszawie. Wtedy przekonałam się jak pyszni i głupi potrafią być niektórzy szkoleniowcy posiadający wyłącznie papierek. Na pierwszym spotkaniu kobieta spokojnym głosem opowiadając o swoich osiągnięciach (przez 2h!) tak zanudziła psa, że poszedł spać... Dałam jej jeszcze szansę, spotkałyśmy się w różnych miejscach jednak jej bardzo pozytywne metody połączone z minimalistycznymi porcjami smakołyków (wielkości idealnej dla Chichuachua) nie przynosiły efektu. Jedynym plusem zmarnowanych na nią pieniędzy była wskazówka by zacząć przytrzymywać psa - Arka była tak mocno nieufna nawet do nas, po takim czasie "współpracy", że nie pozwalała nam się nie tylko odwrócić na plecy (na co reagowała paniką) ale nawet przytrzymać w lekkim uścisku. Praca nad tym rzeczywiście dała efekty i trochę poprawiła naszą sytuację. Zakończyłyśmy całkowicie naszą znajomość gdy poleciła nam ona izolować psa w ogrodzie, by nie wychodziła na zewnątrz. Miałam zapomnieć o jakichkolwiek sportach, an co nie chciałam się zgodzić.
by me
oj tam piłka, spać się chce!
Wciąż jednak, mimo jakiejś pracy nad nią, problemy pogłębiały się. Czystym przypadkiem trafiłam na naszego wybawiciela - panią Boczulę. Już jedna godzina zajęć przyniosła ogromną poprawę, w 45 minut pies raz do dzisiaj wyzbył się zainteresowania w rowerach, rolkarzach czy biegaczach (są sytuacje, gdy zareaguje, ale do tego potrzeba odpowiedniego środowiska). Nareszcie widziałam efekty naszej wspólnej pracy, widziałam wiedzę i zainteresowanie, widziałam dobre podejście do psa, który stopniowo zaczynał radzić sobie z własnym światem w głowie. Nasze wspólne szkolenie trwało dosyć długo, były wzloty i upadki, ale nie żałuję ani minuty. Dostałam dużo słów pocieszenia i wskazówek, których potrzebowałam. Dowiedziałam się, że choć przypadek Arki jest bardzo specyficzny, zdarzają się Bordery z równie dziwną psychiką, równie miękką. Gdy rozchodziłyśmy się z trenerką, wciąż miałam niedosyt, bo widziałam, że jest jeszcze wiele nad czym pracować. Kontynuowałam jednak sama nauki pani Boczuli. Darzę ją niewypowiedzianym szacunkiem, cieszę się, że czasami mogę ją spotkać w parku lub na zawodach.
by me
by me
 
by me
by me
Los chciał, że 20 minut wolnym spacerkiem od mojego domu otworzył się klub agility Sirius the Doggy Star. Jak z tego nie skorzystać jak nie dołączyć? Niesamowita okazja, by wreszcie, gdy pies był pod choć lekką kontrolą,  miał dobry wiek (więcej niż rok), zacząć trenować sport, o którym marzyłam. Zajęcia wciągnęły nas obie, choć mi brakowało świadomości ciała, świetnie się bawiłyśmy. Widziałam jednak, że tak ogromne pobudzenie jakim jest tor agility bardzo psuło nasze relacje. Znów pojawiał się własny świat psa, znów pojawiła się agresja. Jakoś sobie radziłyśmy i parłyśmy do przodu.
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
Wiele miesięcy minęło, poznałam wspaniałych ludzi chcących pomóc bezinteresownie choćby samym spacerem i pozorowaniem. Poznałam dobrych szkoleniowców, bardziej "wciągnęłam sie" w tematykę BC. Dalej ćwicząc agility postanowiłam dołączyć do klubu Dorplant. Chciałam, by dano mi trochę wsparcia w dalszym szkoleniu, może trochę zaczęto treningi obedience, które zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Niestety treningi nie były dobre dla naszej Drużyny Specjalnej Troski, ciągle na tym samym placu, bez innych psów i ludzi lub w dużej odległości, bez widocznych dla mnie efektów. W dobrych relacjach, rozeszliśmy się.
by me


by me
Widziałam, że agility niszczyło to, co wypracowałam, niszczyło naszą współpracę, gdy musiałam mocno naciskać na psa, by nie doszło do kolejnego ataku. Bywały i lepsze dni, ale ogólna tendencja nie była dobra. Z ciężkim sercem, po wielu przemyśleniach i rozrysowanych drzewkach decyzyjnych postanowiłam zakończyć naszą karierę z tym sportem przed pierwszymi zawodami. Bardziej zależało mi na dobrej psychice psa niż własnej przyjemności.
by Monika Grobla
by Monika Grobla
W podobnym czasie los sprawił, że trafiłam na Agę Żabińską i klub DogLine. Z jej ogromną pomocą udało się wrócić psa do wersji bezpiecznej dla większości. Do dziś trenujemy razem obedience i pracujemy nad psychiką Arki, która staje się coraz lepsza. Obecną naszą historię pewnie znacie, dużo można wyczytać z notek na tym blogu.
by Asia Siwak
Z powodu takiego a nie innego stanu Arki, trenuję Obi tylko dla przyjemności i pokazania, że nawet z takim psem da radę. Cieszą mnie nawet małe sukcesy jak przytulenie i polizanie Agi czy świetna gonitwa z Borderem Rico. Na pierwsze zawody Obi pojechałam nie dla medali a dla sprawdzenia, czy psychika psa jest już wystarczająco stabilna. Małe Zło znów zaskoczyła mnie, tym razem bardzo pozytywnie, bo podczas Socjalizacji pomachała ogonkiem do sędziego, an dodatek pozoranta IPO (żartowaliśmy sobie, że sprawdzimy jego reakcję). Reszta zawodów nie była ważna :)
by Asia Siwak
by Asia Siwak
Życie z psem "specjalnym" nie jest fajne, z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Wielu rzeczy nie zrobiłyśmy i nigdy nie zrobimy, ale to nie szkodzi. Arka nauczyła mnie ogromnej ilości rzeczy, np. cierpliwości w każdej sytuacji, ukrywania emocji, większej czułości na CS'y... Obecnie pies jest o wiele bardziej stabilny, lepiej pokazuje sygnały, jest w stanie całkiem normalnie funkcjonować, choć zdarza jej się wrócić do własnego świata nawet podczas treningu obi.

by me
Czasami zastanawiałam się co mogłam zrobić inaczej, a nie widzę wielu możliwości. Z obecną wiedza na pewno poradziłabym sobie lepiej. Widzę jednak, ze Arka jest jednak błędem hodowlanym, do którego nie powinno dojść. Podczas zlotu szczeniąt usłyszałam od paru właścicieli suczek, że również mieli problemy z lękiem i agresją, choć nie w tak mocnym stopniu. Przy tym nie rozumiem czemu samiec i chyba ze dwie suki poszły do hodowli. Ludzie podejmują dziwne decyzje.

Mam nadzieję, że te wypociny rozjaśniły niektórym moje decyzje i komentarze :) Trudno jest opisać w jednej, krótkiej notce wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie 3 lata. Mówiłam, że będzie długo!

Post edytowany o 13.07
Notki za tydzień nie będzie.