"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

niedziela, 24 czerwca 2012

Trudne wybory

Bywa tak w życiu, że wybory nie są łatwe. Czasami trzeba zdecydować między marzeniami a rzeczywistością.

Niedużo ponad 24 godziny minęły od mojego powrotu z Rosji. Długo planowałam i czekałam na ten wyjazd, myślałam czy dostanę wizę czy jednak nie. Na szczęście wszystko się udało i mogłam wyjechać na Wschód zahaczając o stolice Litwy, Łotwy i Estonii.
To zdecydowanie nie jest miejsce na opisy wycieczki, choć wrażeń mam pełno. Wyjazd był zmotywowany paroma czynnikami, także tymi przyszłościowymi, jednak znalazłam chwilę, by poobserwować interesujący mnie temat - psy w Rosji. Notka ma inny temat, więc tylko pare słów o tym.
Ogólnie, prawdą są wszelkie wałęsające się watahy psów. ie atakują one jednak ludzi bez prowokacji, są często prawie niewidoczne. Raz tylko widziałam dwa takie psiaki bawiące się przy drodze :)
Większość miastowych trzyma tylko małe lub średnie psiaki, zauważyłam pare Terrierów Szkockich, trochę Yorków i Chihuahua. Raz przewinął się mały Husky.

Wracając jednak do tematu: musiałam podjąć jednak trudną decyzję co zrobić z Arką. Wiedziałam, że siostra może się nią zająć, ale wciąż miałam wątpliwości. Jak się potem okazało, całkiem słuszne. Sucz dobrze siostrzyczkę zna, ale przeżyła mój wyjazd tym razem zdecydowanie gorzej niż poprzednie. Z relacji wiem, że zachowywała się na prawdę dziwnie, sądzę, że była pod dużym stresem. Niestety wyjazd był mi potrzebny zawodowo i nie było wyjścia. Mam nadzieję zrekompensować jej to jeszcze podczas tego lata, może uda się gdzieś wyjechać razem, co najmniej raz.

Z wyjazdem łączyła się jeszcze jedna decyzja. Myślałam intensywnie nad uczestnictwem w seminarium rally-o, nawet byłam na nie zapisana i opłacona, jednak znów pojawił się wyjazd do Rosji i semi przepadło. A szkoda, bo byłam ciekawa co powiedzą interesującego.

Wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że polska hodowla planuje miot po bracie Arki. Niby nic w tym dziwnego, gdyż pies ten ma uprawnienia, jeden miot za sobą i zdany ZVOP i HWT. Jednak wciąż pozostaje brzydki jak noc listopadowa (to na prawdę jeden z brzydszych BC jakie znam). Zastanawiające jest też to, czy może przekazać arkowy charakter swojemu potomstwu. Oby nie, bo nikomu nie życzę takich przygód.
(Ponieważ pare osób pytało mnie o naszą historię, wkrótce może popełnię notkę na ten temat)
Widać jak trudne jest czasami znalezienie dobrego reproduktora. Co innego, gdy ktoś kryje tylko dl szczeniąt, pieniędzy lub kolorku, wtedy sprawa jest łatwiejsza. Sytuacja komplikuje się, gdy szykuje się miot o bardzo ambitnych planach wystawowych czy sportowych, gdzie patrzy się na wszystko - zdrowie, osiągnięcia, pokrewieństwo z innymi psami, linie hodowlane... Niektórzy na prawdę odwalają kawał dobrej roboty. A inni, nawet polskie hodowle, wolą co roku wykorzystywać swojego repa do identycznego miotu lub w przeciągu pół roku pokryć 4 własne suki jednym psem.

Są czasami również trudne wybory sportowe. Trzeba decydować, czy i co trenować, potem czy startować i gdzie, czy iść do wyższej klasy czy udoskonalić się w niższej... Sama z ciężkim sercem zrezygnowałam z agility i długo biłam się z tą myślą. Obecnie bardziej biję się z portfelem, by pozwolił mi zakupić cały sprzęt potrzebny do obi1 :D

Ostatnim wyborem są moje starty w zawodach. Nasz pierwszy występ miał służyć jedynie sprawdzeniu socjalizacji Arki, jednak chciałabym to choć trochę kontynuować nie tylko na treningach, tak długo jak psychika psicy pozwoli. Myślałam nad lipcowymi, bo blisko, jednak z powodu kłótni klubów raczej na nie nie pojadę. No i znowu dylematy!

Życie z psem składa sie wbrew pozorom z wielu trudnych wyborów.

niedziela, 10 czerwca 2012

O wymaganiach po raz wtóry.

Wydawać by się mogło, że temat zakończony. Jednak nie, pare kwestii zapomniałam poruszyć tydzień temu i kołatały mi się po głowie przez te kilka dni. Dodatkowo pewna mała dyskusja na forum sportowym dała mi trochę do myślenia.

Pierwszą rzeczą jest mała recenzja gazet o tematyce kynologicznej. Pojawia się tu, ponieważ zdenerwowało mnie jedno wydawnictwo - Przyjaciel Pies. Pisałam do nich 3, słownie trzy razy z zapytaniem ofertowym, tylko raz raczono do mnie odpisać, w stylu, którego powinna powstydzić się każda firma. Nie zaryzykuję wysłania pieniędzy korporacji, która żałuje czasu na odpisanie głupiego maila, dla mnie to wstyd. Lubię poczytać sobie przed snem jakieś głupotki, obecnie więcej czytam Mojego Psa (dla rozrywki) i Dog&Sport (dla choć lekkiego zwiększenia wiedzy) i z ich usług jak na razie korzysta mi się przyjemnie.

Drugą sprawą są wymagania względem treningów. Zastanawiam się co myśli przeciętny człowiek idąc po raz pierwszy na szkolenie lub dopiero szukając trenera/behawiorysty. Czy wierzy, że godzina wystarczy na naprawienie wszystkich błędów i całkowitą zmianę charakteru psa? Czy łudzi się, że trener taki będzie miał całą pokaźną kolekcję dyplomów wyższych uczelni, którą pokarze na każde wezwanie? Czy ostatecznie sądzi, że taki jeden, dwa treningi na tydzień bez jego wkładu wystarczą?
Sama gdy szukałam dobrego trenera, szukałam po prostu pomocy. Moje wcześniejsze psy nie nauczyły mnie radzenia sobie z tak niestabilną psychiką, choć jedna suńka również była typem wrażliwca. Od trenera nie wymagałam stania na rękach a wskazania metod, które nie szkodziły by jeszcze bardziej. A niestety nawet tego nie otrzymałam.

Po "wypróbowaniu" usług paru szkoleniowców (jak człowiek nie wie kto się liczy na rynku to błądzi niestety) trafiłyśmy wreszcie na osobę mojej byłej trenerki - osoby jak już pisałam bardzo przeze mnie szanowanej. Nigdy nawet nie zastanawiałam się jakie ma wykształcenie, jak długa praktykę zawodową, bo nie było takiego sensu - widziałam jaką ma rękę do psów, jak szybko potrafi dobrać metodę do konkretnej psychiki po wcześniejszym jej rozpoznaniu. Choć nasze spotkania trwały dosyć długo, już po pierwszej godzinie widziałam ogromne efekty i to było chyba moje główne wymaganie - aby efekty były widoczne i trwałe. Nauczyłam się wielu przydatnych technik, dobrych metod, które otworzyły mi też oczy na pewne sprawy.
Z moją obecną trenerką jest dosyć podobnie, nie wymagam niczego, bo widzę tę wiedzę i zaangażowanie. Jedną rzeczą jest zdobyte doświadczenie, drugą jest emanująca z człowieka troska o drugiego. Nie da się tego nauczyć na studiach lub kursach.

W Warszawie jest już jednak taka ilość "szkoleniowców", że zastanawiam się jak oni się utrzymują i jakie są efekty ich pracy. Nie wiem też czy ich jedynymi osiągnięciami nie są zaliczone kursy w COAPE lub innej instytucji (nie ubliżając im oczywiście). Z doświadczenia wiem, że znajdą się naiwni i na ich usługi.
a-się-uwaliłam!
Inną kwestią jest sprzęt szkoleniowy. Wielu uważa, że bez najmniejszego doświadczenia poradzi sobie z rozwiązaniem problemów psiaka, zwłaszcza gdy pod ręką ma mądre i nowatorskie sprzęty typu haltie, smycz treningowa czy Face Wrap. Niestety w ich przypadku jak i wielu innych  działa zwykły marketing ukrywający szkodliwe lub choć sprawiające duży dyskomfort psu przedmiotów.

Człowiek przeczyta mądrą gazetkę, popatrzy na odcinek szkoleniowy w TV i już uważa, ze jak pies mu się zgasił po nałożeniu haltie to jest super wyszkolony, a jak nie ciągnie to już zupełnie sukces! "Smycz treningowa" to ładna maska do dławika, identyczna jak ringówka, ale jakże ładnie brzmi. Niektórzy stają się okrutni względem zwierząt nawet o tym nie wiedząc!
Jeżeli chce się nowatorską metodę, to może warto opatentować z ładnie-brzmiącą, angielską nazwą trzy oczka dźwięcznego łańcucha, małą butelkę z odrobiną wody czy metodę drobnych szarpnięć smyczą?
Żebym nie okazała się hipokrytką - sama nie mam nic do awersji stosowanej w dobrym rozmiarze. Dławika używałam dosłownie ze 3 razy, przyniósł zamierzony efekt, nie przyniósł szkody i tyle. Znam psy na kolczatce/OE, w przypadku których sprzęt jest używany tylko w ostateczności i osoby te wiedzą jak to zrobić. Nie wierzę w różowy świat Kucyków Pony, gdzie wszystko jest wyciumkane i wyklikane, choć przesadnych korekt czy karania nie pochwalam, a zwłaszcza psów na kolczatkach i smyczach automatycznych.

Zanim coś użyjemy na psie warto zastanowić się jak na prawdę to na niego działa. Jeżeli oczekujemy efektów, warto samemu na nie zapracować a nie korzystać z pół-środków.


Notki za tydzień nie będzie.

niedziela, 3 czerwca 2012

Duże wymagania. Czy czasami nie za duże?

Tak już mam, że lubię wymagać wiele od innych i siebie. Cenię sobie swój czas, zainteresowanie i pieniądze, nie lubię robić rzeczy bezproduktywnych lub szkodliwych. Zwłaszcza ostatnio to po sobie widzę, gdy coraz bardziej "siedzę" w temacie marketingu i motywacji pracowników - po prostu więcej wymagam, zwłaszcza od sprzedawców i właścicieli małych firm, bo to im powinno najbardziej zależeć na kliencie.

Postanowiłam ostatnio zakupić Arce nowa smycz i obrożę, trochę w "nagrodę" (bardziej dla mnie niż dla niej :) ) za pierwsze zawody, trochę z powodu zużycia poprzednich a trochę z powodu trenerki, która za każdym razem starała się pozbyć mojej cudownej różowej obróżki :) . Fakt faktem, zebrałam się po dłuższym czasie i złożyłam zamówienie w ActivDogu. Kolejne wydarzenia, najpierw długi czas oczekiwania na odpowiedź, potem nie wysłanie zdjęcia, o które prosiłam, potem cisza, odpisywanie tylko na dosyć formalne wiadomości... Jakoś stracili w moich oczach. Choć zestaw jest wykonany starannie, wszystko według zamówienia, to obsługa mnie nie zadowoliła, a to w końcu odgrywa największy udział w pozyskaniu stałego klienta, zwłaszcza przy tak szybko rozwijającej się konkurencji posiadającej identyczne produkty. Wysłanie maila dużo nie kosztuje a niesamowicie cieszy.

Oto efekt zamówienia:
klubowa zieleń i drużynowy fiolet :)

niewyraźne, bo z telefonu, ale tak mniej-więcej to wygląda
Przeliczyłam się podczas mierzenia smyczy, sądziłam, że będzie krótsza. To już jednak mój błąd :) Najważniejsze, że pies obróżkę zaakceptował a nawet całkiem polubił, zapięcie bardzo mi się podoba i ogólnie jest z czym szpanować na przyszłych treningach :) Może dzięki pacyfkom psica trochę złagodnieje.

A co do treningów, zawodów i wymagań: lubię pojechać na dobrze zorganizowane zawody, nawet, gdy na nich nie startuję z powodów własnych lub arkowych. Nie ma nic lepszego niż sprawy sekretariat, ogarnięty sędzia i obsługa ringu, dobre zaplecze i jakieś symboliczne nagródki i dyplomy dla zwycięzców. Wydaje się dużo? Jak dla mnie to powinna być podstawa. Tym bardziej smuci widok zawodów wysokiej rangi, gdzie wszystko to zostało położone. Cieszy natomiast sytuacja odwrotna, gdzie organizatorzy na prawdę zrobili wszystko jak najlepiej. Mam nadzieję, ze organizacja zawodów w Polsce będzie jeszcze lepsza a ludzie będą chcieli na nie jeździć. Nie ma nic gorszego jak zniechęcić się do jakiegoś sportu z powodu paru bardzo nieudanych imprez.
Sama pewnie jeszcze trochę poczekam na następny start, mam jednak nadzieję, że organizacja będzie równie świetna jak na zawodach w Powsinie.

Obecnie trwa nasza długa przerwa w treningach, bawimy się tylko frisbee i piłeczkujemy trochę (Arka dzisiaj wykonała tak pięknego leg voulta, że aż mnie duma rozpiera :) ), zbieramy siły na intensywne treningi podczas lata. Czasami pies potrzebuje odpoczynku, czasami potrzebuje tego przewodnik. W końcu ile można być na najwyższych obrotach?

Są ludzie tak wymagający względem psów, że są w stanie je "zajeździć" na śmierć, są tez tacy, którzy pozbywają się "nieudanych" egzemplarzy przeszkadzających w drodze na szczyt. O ile jestem w stanie zrozumieć niektóre decyzje o oddaniu psa, nie jestem w stanie zrozumieć uśpienia psa z powodu dysplazji, która wykluczyła psa z rozrodu. Po prostu mam inną moralność.
Sama jestem wymagająca od Arki, każdą komendę egzekwuję, szybko daję korekty gdy potrzeba, stale utrwalam to, co mi się podoba. Trochę czasami jestem dla niej ostra, ale dzięki temu w wieku poniżej roku była w stanie zatrzymać się w biegu orząc pazurami ziemię na dźwięk swojego imienia. Duża w tym zasługa mojej byłej trenerki, która nauczyła mnie paru sztuczek.

Wymagam od ludzi ale i od rzeczy. Nawet od mojego nowego dog-mobilu, który obecnie jest nazywany Blue Bubble (od koloru i trochę kształtów). Udało mi się w końcu zakupić nowy środek lokomocji, dzięki czemu rodzice nie muszą mnie już wozić i muszę powiedzieć, że zakup jak najbardziej spełnia moje oczekiwania - mały, miejski samochód, niespodziewanie dla mnie zrywny i szybki (na trójce sam jeździ 80km/h i muszę go hamować! :O ), dodatkowo w kolorze takiego błękitu, że z daleka można go zobaczyć na parkingu :) Przynajmniej będzie widać kiedy Drużyna Specjalnej Troski przyjechała na zawody :) Mam nadzieję, że nie będzie jakiejś tendencji psucia się jednego samochodu na zawody, bo nie wyrobię z kosztami...