"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

niedziela, 15 lipca 2012

Nasza historia

Każdy ma swoją historie, każdy ma swoją przeszłość i jakieś przeżycia za sobą. Długo zbierałam się do opisania naszych, w końcu pare osób prosiło mnie o to. Dzięki temu dla niektórych moje reakcje na niektóre fakty będą bardziej oczywiste. Nie będę niczego ukrywać, w końcu blog powstał do spisania wspomnień, nie do reklamowania kogokolwiek (czy jest sens reklamować Małe Zło? No właśnie :) ). Będzie długo, ostrzegam!

Wszystko zaczęło się około 4 lata temu, gdy całą rodziną szukaliśmy psa dla nas. Od zawsze były u nas psy różnej maści, najpierw mix PONa, potem krótko szczenię Rottweilera, które nam skradziono (w głowie się nie mieści jak to możliwe!), pare kundelków z pobliskiego schroniska. Wciąż posiadaliśmy czarną, uroczą Tekilę, zrozpaczoną równie mocno co my po utracie biszkoptowej Sary (nadal do końca nie wiemy co się z nią stało, zaginęła podczas ogromnej burzy, wydostała się przez ogrodzenie). Brakowało nam drugiego psiaka do wypełnienia pustki.

Długo szukaliśmy rasy dla nas, przejrzeliśmy wiele albumów, jeździliśmy na pobliskie wystawy, trochę pogadaliśmy ze znajomymi i hodowcami posiadającymi konkretne rasy. W końcu zwróciliśmy uwagę na Border Collie, aktywną i wymagającą rasę. Już w tym momencie byłam do końca zakochana w agility i wiedziałam, ze to ten sport chcę uprawiać. Po Sarze, bardzo kłopotliwym psie, ze słabą psychiką i ogromną lękliwością, a także po Tekili, wymagającej spokojnego podejścia podczas szkolenia stwierdziłam, że damy radę.

Czytałam wiele stron i for na temat rasy, poznawałam konkretne hodowle w Polsce. W końcu zapadła decyzja - kupujemy psa, mam tylko wybrać miot. Dzwoniłam do wielu hodowli nawet tylko porozmawiać, w niektórych hodowcy zaskoczyli mnie pozytywnie swoim ogromem wiedzy. Niektórzy jednak chcieli obcej osobie z miejsca wcisnąć szczenię na współwłasność O.o Bardzo spodobały mi się połączenia ISDSxFCI, chciałam psa o dobrym charakterze i predyspozycjach do sportu, z rodowodem FCI umożliwiającym mi starty w zawodach. Szukałam takiego połączenia w Polsce, jednak nie znalazłam go, dlatego zaczęłam poszukiwania w Niemczech i Czechach (słowackie strony były dla mnie całkowicie niedostępne...). Bardzo zależało mi, by rodzice byli zdrowi i "coś" robili, nie leżeli na kanapie od czasu do czasu latając za piłeczką. Tak oto trafiłam na miot w Czechach, w małej, całkowicie nieznanej hodowli Říše Fantazie. Nie liczył się dla mnie znany na świecie przydomek a to, co niosły psy. Ojciec miotu, Faehunden's OBOY ISDS 293631, był psem pracującym na co dzień przy owcach, wykazał się już na zawodach i w pomocy w gospodarstwie. Był wytrzymały psychicznie, dosyć dominujący, nie reagował na strzał (na czym bardzo mi zależało), miał nawet ładną budowę i kolorek (:D). Matka, Anette z Újezdského ranče, pochodziła z wystawowych linii, całkiem utytułowanych, sama zajmowała się rekreacyjnie sportami i pasieniem owiec, była przygotowywana do pracy w dogoterapii (obecnie już pracuje z dziećmi). Bardzo opanowana, przyjacielska ale nie nachalna do człowieka - bardzo pasował mi ten charakter. Cieszyłam się z takiego a nie innego rodowodu szczeniąt, bo miałabym psa pracującego i całkiem przyzwoitym eksterierze, myślałam też nad pracą w dogoterapii gdyby się udało zdać egzaminy.
by Beata Stybrova
by Eliška Jaňourová
Po krótkiej rozmowie z hodowczynią (niestety nie znała żadnego języka oprócz czeskiego, więc było to trudne), zamówiliśmy szczenię. Po narodzinach okazało się, że jestem bliska spełnienia swojego marzenia - urodziło się 5 czekolad i 2 czarnuszki, z czego jeden chłopak i same dziewuszki. Zmartwiło mnie, że hodowczyni chciała od razu dobierać psa według wyglądu, sądziłam, że poczeka choć pare tygodni na wyklarowanie się charakterów. Wtedy nie wiedziałam jak bardzo szczenięta w tej rasie potrafią być zróżnicowane, przystałam na tę propozycję i zarezerwowałam piękną czekoladową sunię.
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
Mijały tygodnie, czekaliśmy aż szczenięta będą miały około 4,5 tygodnia na odwiedziny hodowli. Mogliśmy sobie pozwolić tylko na jeden wyjazd do Pragi a głównie chcieliśmy sprawdzić jak wyglądają warunki i czy hodowczyni pisała prawdę o matce. Na szczęście wszystko było w porządku, warunki nie na bogato, ale porządne, szczenięta odżywione, matka tylko trochę chuda, ale niektóre znane mi psy były równie chude na co dzień. Problemem była zarezerwowana przez nas suczka - wyglądała na bardzo zmęczoną, wciąż spała, miała gorszą od rodzeństwa sierść i cały wygląd. Po długiej dyskusji, postanowiliśmy zmienić szczenię. Dwie suczki były jeszcze wolne, czekoladowa i czarna. I na którą trafiło? :) Wybraliśmy jednak Bordera o najpopularniejszym umaszczeniu. Mała Arka od razu przypadła nam wszystkim do gustu, szybko zaczęła gryźć sznurówki od naszych butów, psociła w pudełkach położonych na ziemi, gdy wychodziliśmy do ogródka popatrzeć na pokaz frisbee z drugim Borderem hodowczyni, jako jedyna wyskoczyła za nami z domu :) Widać to ona była nam pisana. Żałuję, że w tamtym czasie nie zrobiłam jakichś testów, nie rzucałam kluczami i patelniami... Znów, zaufałam hodowczyni i jej słowom, choć co ona mogła wiedzieć o ledwo 5-ciotygodniowym szczenięciu?
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
by Eliška Jaňourová
wiedziała jak nas zaczepić :)
Klamka zapadła, zaliczka została wpłacona, czekaliśmy na nasza małą kulkę. Umówiliśmy się z hodowczynią na odbiór psa w Cieszynie, w połowie drogi dla każdej z nas. I to był ogromny błąd, którego długo będę żałować. Szczenię przyjechało do nas w formie (za przeproszeniem) zasranej kulki strachu. Tu pojawiły się wątpliwości - brać ją czy nie? Pieniądze nigdy nie były problemem (kosztowała tyle, co Border w polskiej hodowli - 2500zł), bardziej chodziło o zwykłą uczciwość i naszą przyszłość z psem. Nie miałam jednak sumienia odsyłać takiego malucha znów do hodowli, stwierdziłam "trudno, jakoś damy radę!". Droga do domu minęła już w atmosferze szczeniaczkowo-pluszowej, maluch pięknie zniósł drogę po prostu śpiąc, podczas postoju zasypiając na moim miejscu :)
frak już wtedy się nie dopinał...

by me
ulubiona pozycja do spania

by me
W domu szybko się zaklimatyzowała, trochę miała tylko problemów z Tekilą. Zapisałyśmy się do psiego przedszkola po ostatnim szczepieniu i cieszyliśmy sobą. Na krótkich spacerkach widać było, że bardzo boi się wszystkiego - samochodów (ulica była przerażająca!), dzieci (nawet tych grzecznych, pytających o pozwolenie na pogłaskanie, ładnie wyciągających rękę), psów w szczególności (mamy niestety w okolicach strasznych szczekaczy w bramach. Nie była jednocześnie psem szukającym naszej uwagi, oprócz normalnych szczenięcych zabaw, wolała zostać we własnym świecie, jednak nie poddawałam się i dalej zachęcałam do współpracy. Przed trzecim miesiącem zaczęły się problemy z psychiką - na ostatnim szczepieniu ugryzła weterynarza, bez oznak w postaci CSów atakowała psy i czasami ludzi naokoło. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, nie miałam jeszcze styczności z czymś takim, z tak młodym berbeciem nie dającym żadnych znaków przed atakiem, choć Sara dała mi poznać co to znaczy lęk psa. W wiadomościach do trenerki z psiego przedszkola w szkółce Kamiga wytłumaczyliśmy na czym polega nasz problem, prosiliśmy o pomoc już od pierwszych zajęć, rady i wsparcie. Miałyśmy je otrzymać, choć nie doczekałyśmy się ich. Niestety więcej na zajęciach zdziałałam ja niż trenerka bardziej skupiająca się na komendach znanych już psu jak siad czy waruj niż problemach z jej psychiką. Na moje bezpośrednie pytanie "jakie metody proponuje na nasz problem" usłyszałam, że "agresja jest trudna do pozbycia się, zwłaszcza ta smyczowa, lepiej poczekać aż pies wyrośnie z tego". W tym momencie opadły mi ręce, zaczęłam szukać pomocy u treserów i behawiorystów, bo nie widziałam niczego dobrego w zostawianiu tego jak było.
czasami i Małe Zło się bawiło 
 Jednocześnie urwał się nasz kontakt z hodowczynią - praktycznie po tygodniu od odebrania jakoś coraz rzadziej odpisywała na maile, potem przestała w ogóle. Nie wiedzieliśmy o co chodzi. Zależało nam na kontakcie, ponieważ czekaliśmy jeszcze na rodowód eksportowy - bez niego mieliśmy dosyć drogiego kundelka. Nie otrzymaliśmy od kobiety już ani jednej wiadomości, w najgorszym momencie myślałam nawet nad pozwem, bo nienawidzę ludzi łamiących napisane przez siebie umowy. Szczęście w nieszczęściu, właściciel reproduktora okazał się prawdziwym hodowcą i dobrym człowiekiem, wraz z czeskim klubem Border Collie zainteresował się sprawą. Okazało się, że hodowczyni nie złożyła nawet wniosku o rodowody i sama zniknęła. Wspólnymi siłami udało im się uzyskać rodowody i rozesłać do właścicieli. Tylko dzięki ich ogromnej pomocy i zainteresowaniu mam prawdziwego rasowego psa. Mam za to nauczkę, by nie ufać nikomu, bo hodowla wyglądała na na prawdę porządną, choć małą. Tak to jest, jak nie ma się znajomości.

Dużo stresów miałam przez pierwszy rok życia Małego Zła, sprawa z jej psychiką i rodowodem, szukanie pomocy...Tu kolejna moja wada jako właściciela psa "specjalnego": nie znałam wielu szkoleniowców. Przez przypadek trafiłam do Lidii Lewandowskiej, mianującej się jednym z lepszych behawiorystów w Warszawie. Wtedy przekonałam się jak pyszni i głupi potrafią być niektórzy szkoleniowcy posiadający wyłącznie papierek. Na pierwszym spotkaniu kobieta spokojnym głosem opowiadając o swoich osiągnięciach (przez 2h!) tak zanudziła psa, że poszedł spać... Dałam jej jeszcze szansę, spotkałyśmy się w różnych miejscach jednak jej bardzo pozytywne metody połączone z minimalistycznymi porcjami smakołyków (wielkości idealnej dla Chichuachua) nie przynosiły efektu. Jedynym plusem zmarnowanych na nią pieniędzy była wskazówka by zacząć przytrzymywać psa - Arka była tak mocno nieufna nawet do nas, po takim czasie "współpracy", że nie pozwalała nam się nie tylko odwrócić na plecy (na co reagowała paniką) ale nawet przytrzymać w lekkim uścisku. Praca nad tym rzeczywiście dała efekty i trochę poprawiła naszą sytuację. Zakończyłyśmy całkowicie naszą znajomość gdy poleciła nam ona izolować psa w ogrodzie, by nie wychodziła na zewnątrz. Miałam zapomnieć o jakichkolwiek sportach, an co nie chciałam się zgodzić.
by me
oj tam piłka, spać się chce!
Wciąż jednak, mimo jakiejś pracy nad nią, problemy pogłębiały się. Czystym przypadkiem trafiłam na naszego wybawiciela - panią Boczulę. Już jedna godzina zajęć przyniosła ogromną poprawę, w 45 minut pies raz do dzisiaj wyzbył się zainteresowania w rowerach, rolkarzach czy biegaczach (są sytuacje, gdy zareaguje, ale do tego potrzeba odpowiedniego środowiska). Nareszcie widziałam efekty naszej wspólnej pracy, widziałam wiedzę i zainteresowanie, widziałam dobre podejście do psa, który stopniowo zaczynał radzić sobie z własnym światem w głowie. Nasze wspólne szkolenie trwało dosyć długo, były wzloty i upadki, ale nie żałuję ani minuty. Dostałam dużo słów pocieszenia i wskazówek, których potrzebowałam. Dowiedziałam się, że choć przypadek Arki jest bardzo specyficzny, zdarzają się Bordery z równie dziwną psychiką, równie miękką. Gdy rozchodziłyśmy się z trenerką, wciąż miałam niedosyt, bo widziałam, że jest jeszcze wiele nad czym pracować. Kontynuowałam jednak sama nauki pani Boczuli. Darzę ją niewypowiedzianym szacunkiem, cieszę się, że czasami mogę ją spotkać w parku lub na zawodach.
by me
by me
 
by me
by me
Los chciał, że 20 minut wolnym spacerkiem od mojego domu otworzył się klub agility Sirius the Doggy Star. Jak z tego nie skorzystać jak nie dołączyć? Niesamowita okazja, by wreszcie, gdy pies był pod choć lekką kontrolą,  miał dobry wiek (więcej niż rok), zacząć trenować sport, o którym marzyłam. Zajęcia wciągnęły nas obie, choć mi brakowało świadomości ciała, świetnie się bawiłyśmy. Widziałam jednak, że tak ogromne pobudzenie jakim jest tor agility bardzo psuło nasze relacje. Znów pojawiał się własny świat psa, znów pojawiła się agresja. Jakoś sobie radziłyśmy i parłyśmy do przodu.
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
by Ela Urbańska
Wiele miesięcy minęło, poznałam wspaniałych ludzi chcących pomóc bezinteresownie choćby samym spacerem i pozorowaniem. Poznałam dobrych szkoleniowców, bardziej "wciągnęłam sie" w tematykę BC. Dalej ćwicząc agility postanowiłam dołączyć do klubu Dorplant. Chciałam, by dano mi trochę wsparcia w dalszym szkoleniu, może trochę zaczęto treningi obedience, które zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Niestety treningi nie były dobre dla naszej Drużyny Specjalnej Troski, ciągle na tym samym placu, bez innych psów i ludzi lub w dużej odległości, bez widocznych dla mnie efektów. W dobrych relacjach, rozeszliśmy się.
by me


by me
Widziałam, że agility niszczyło to, co wypracowałam, niszczyło naszą współpracę, gdy musiałam mocno naciskać na psa, by nie doszło do kolejnego ataku. Bywały i lepsze dni, ale ogólna tendencja nie była dobra. Z ciężkim sercem, po wielu przemyśleniach i rozrysowanych drzewkach decyzyjnych postanowiłam zakończyć naszą karierę z tym sportem przed pierwszymi zawodami. Bardziej zależało mi na dobrej psychice psa niż własnej przyjemności.
by Monika Grobla
by Monika Grobla
W podobnym czasie los sprawił, że trafiłam na Agę Żabińską i klub DogLine. Z jej ogromną pomocą udało się wrócić psa do wersji bezpiecznej dla większości. Do dziś trenujemy razem obedience i pracujemy nad psychiką Arki, która staje się coraz lepsza. Obecną naszą historię pewnie znacie, dużo można wyczytać z notek na tym blogu.
by Asia Siwak
Z powodu takiego a nie innego stanu Arki, trenuję Obi tylko dla przyjemności i pokazania, że nawet z takim psem da radę. Cieszą mnie nawet małe sukcesy jak przytulenie i polizanie Agi czy świetna gonitwa z Borderem Rico. Na pierwsze zawody Obi pojechałam nie dla medali a dla sprawdzenia, czy psychika psa jest już wystarczająco stabilna. Małe Zło znów zaskoczyła mnie, tym razem bardzo pozytywnie, bo podczas Socjalizacji pomachała ogonkiem do sędziego, an dodatek pozoranta IPO (żartowaliśmy sobie, że sprawdzimy jego reakcję). Reszta zawodów nie była ważna :)
by Asia Siwak
by Asia Siwak
Życie z psem "specjalnym" nie jest fajne, z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Wielu rzeczy nie zrobiłyśmy i nigdy nie zrobimy, ale to nie szkodzi. Arka nauczyła mnie ogromnej ilości rzeczy, np. cierpliwości w każdej sytuacji, ukrywania emocji, większej czułości na CS'y... Obecnie pies jest o wiele bardziej stabilny, lepiej pokazuje sygnały, jest w stanie całkiem normalnie funkcjonować, choć zdarza jej się wrócić do własnego świata nawet podczas treningu obi.

by me
Czasami zastanawiałam się co mogłam zrobić inaczej, a nie widzę wielu możliwości. Z obecną wiedza na pewno poradziłabym sobie lepiej. Widzę jednak, ze Arka jest jednak błędem hodowlanym, do którego nie powinno dojść. Podczas zlotu szczeniąt usłyszałam od paru właścicieli suczek, że również mieli problemy z lękiem i agresją, choć nie w tak mocnym stopniu. Przy tym nie rozumiem czemu samiec i chyba ze dwie suki poszły do hodowli. Ludzie podejmują dziwne decyzje.

Mam nadzieję, że te wypociny rozjaśniły niektórym moje decyzje i komentarze :) Trudno jest opisać w jednej, krótkiej notce wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie 3 lata. Mówiłam, że będzie długo!

Post edytowany o 13.07
Notki za tydzień nie będzie.

37 komentarzy:

  1. Historia smutna. Można powiedzieć, że tragiczna. :( Ale najważniejsze zawsze tkwi w tym, aby spotkać na swej drodze odpowiednich ludzi, którzy będą nie tylko pomagać, ale i wspierać. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ludzie, których spotkałam, okazali się wspaniali w pomocy.

      Usuń
  2. Wzruszyłam się jednym słowem. Piękna ta wasza historia, mhm ; )) Borderki są fantastyczne ;d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwię się temu, co napisałaś, na prawdę jestem w szoku! O.O
      Napisałam z pełna szczerością jak bardzo zepsuty charakter może mieć pies tej rasy od szczeniaka, jak trudno jest sobie poradzić z takim psem. Napisałam, że mnóstwo Borderów ma kłopoty z psychiką - niektóre są bardzo miękkie inne obsesyjnie zaganiają koty z kurzu czy króliczki świetlne, biegają cały dzień w kółko wzdłuż ogrodzenia itd. Oczywiście bywają i psy o pięknej psychice, wytrzymałe, nakierowane na człowieka, wesołe. Borderki bynajmniej nie są "fantastyczne", to rasa, w której nigdy do końca nie wiesz na jakiego psa trafisz.

      Usuń
  3. Wierzę, że mimo wzlotów i upadków dalej będziecie trenowały i dążyły do tego co pragniecie. Jaką radę/jakie ćwiczenia robiliście z P.Boczula aby pies przestał reagować na rowery, rolki itp? Mam właśnie ten sam problem z moją Bokserką.
    Trzymajcie się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Metoda nie była przyjazna dla niektórych, ale bardzo skuteczna w NASZYM przypadku - nie u każdego musi się ona sprawdzić. Polegała na mocnej korekcie gdy pies już zapatrzał się na rower, wybiciu psa z transu (trans był naszym głównym problemem przez bardzo długi czas, często trzeba było z niego wybijać psa na różne sposoby). Gdy pies już powrócił do rzeczywistości, szybkim truchtem z podskokami cofałam się od rowerów i nagradzałam psa, chwaląc bardzo.

      Usuń
    2. My też cholernie się męczymy z tym "transem", ale jest już dużo lepiej. Nadal walczę, bo jest to bardzo uciążliwe, u nas potrzeba dużo czasu żeby zwalczyć kolejne stadia wpadania w ten stan. Dość istotnym momentem tej metody ( zresztą nie tylko tej ) było pozbycie histeri.. ale u mnie. To na pewno polepszyło jej pewność siebie, i teraz trochę lepiej rozumie moje korekty.

      Usuń
    3. Psy bardzo wyczuwają emocje, to pewnie przyczyniło się do poprawy. Powodzenia w ćwiczeniach :)

      Usuń
  4. Zawsze podziwiałam ludzi z takim ogromem cierpliwości i wytrwałości. Za to wielki szacun dla Ciebie. Nie komentuje tu często, ale śledzę- waszego bloga regularnie. I naprawde. podziwiam podziwiam i jeszcze raz podziwiam.

    jednak socjalizacja ma ogromne znaczenie.. moja sucz też bała się samochodów, okropnie. Do psów płochliwa, bo w hodowli cały czas była tylko wśród swoich. Po opuszczeniu rodzinnego gniazda zaczęło to wypływać.
    Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Momentami zastanawiałam się czy w hodowli otrzymała jednak jakąś porcję socjalizacji. Z relacji hodowczyni wszystko wyglądało pięknie, ale nie widać tego po psie...

      Usuń
  5. Mimo, że Waszą historię już znałam z Twoich opowiadań. Dobrze było ją jeszcze raz na "sucho" przeczytać. Gratuluję ponownie sukcesów, które osiągnęłyście ! Trzymam kciuki za kolejne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie, swój udział w sukcesach również mieliście :)

      Usuń
  6. Dziękuję za to streszczenie, trochę czasu zajmuje mi przeczytanie całego blogu, ale już dotarłam do 2012! ;) Masz dobry blog i doświadczenia, którymi warto się dzielić.

    Co do zwierząt o słabej psychice dopuszczanych do hodowli. Piszę zwierząt, gdyż do tej pory bardziej interesowały mnie konie niż psy. Niestety np. wśród koni krwi angielskiej (głównie wyścigi, wkkw) dopuszczało się "złośliwe" klacze do krycia. Nie ze względu na charakter a wyniki wyścigowe, co z tego, że sam moment wyścigu jest jakimś promilem z życia konia. Całe z nim obcowanie, przygotowywanie i trening to istny hardcore... Jak jeszcze charakterny ojciec jest mniejszym złem, bo nie ma kontaktu ze źrebakiem, tak po matce odziedziczy narowy... Niestety wniosek jest jeden - liczy się zarobek
    Jestem teraz przed kupnem psa. Już zdecydowałam się na rasę i szukam hodowcy. Niektóre rozmowy z hodowcami są dobre i pouczające, inne mierne. Zwykle, po przywitaniu i opowieści o mnie, moim życiu itp. Pytam ich jak łączą pary pies-człowiek. Rozwala mnie odpowiedź, że to ja mam wybrać... Czym mam się sugerować, widząc szczeniaka na zdjęciu i raz na żywo? Takich skreślam. Powiem szczerze, że na chyba 6 hodowców, 3 jak na razie było rozsądnych. 1 chciała mnie poznać i jak najwięcej o mnie wiedzieć, 2 umiała wstępnie określić charaktery szczeniąt a 3 mi odmówiła, bo stwierdziła, że zbyt duża nas odległość dzieli i nie mogła by mi pomóc na odległość (inny kraj). Tą ostatnią i pierwszą najbardziej cenię. Szukanie psa to orka na ugorze ;)

    Twoja opowieść daje mi dużo do myślenia. Pokazałaś mi, na ile jeszcze spraw muszę zwrócić uwagę.

    Pozdrawiam,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że komuś to pomaga. Nie daj się oszukać jak ja.

      Usuń
    2. chyba muszę Cię jako konsultanta wynająć.
      Jak się jest nakręconym na posiadanie psa, to często się nie widzi nic poza szczeniaczkiem. Trzeba zabierać ze sobą kogoś, komu zupełnie na tym nie zależy i chłodno oceni sytuacje.

      Usuń
    3. Zawsze na wszystko trzeba chłodno patrzeć, czasami poczekać dłużej, przespać się pare dni z decyzją, rozpatrzyć wszystkie za i przeciw. Wzięcie szczeniaka to trudna decyzja.

      Usuń
    4. a tak a propos :-)
      Widziałam Was na zawodach w Powsinie i serio nie było widać żeby Arka odstawała. Nie znam się na bc, ale dla mnie wyglądała jak każdy tam obecny border :-)
      No może, rzeczywiście była mała, ale teraz chyba widzę to przez pryzmat przeczytanego bloga (często piszesz o tym, że jest mała)

      Usuń
    5. Następnym razem podejdź, nie gryzę :)
      To "nieodstawanie" to właśnie efekt dwuletniej pracy. Gdybyś stała bliżej gdy czekałam na start zauważyłabyś jeszcze oznaki niezbyt fajnej psychiki, musiałam bardzo ją pilnować.
      A mała jest, taki kurdupel mi się trafił gdy zawsze chciałam mieć trochę większego Bordera :D

      Usuń
    6. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że masz bloga :)

      Stałam tuż przy miejscu do przygotowania się. Arka, o ile mnie pamięć nie myli, spłoszyła się na widok borzoja, ale nie była jedyna.
      Pierwszy raz widziałam obi na żywo i rozbawiłaś mnie parówką w buzi (o ile Cię nie mylę) :)
      Potem dowiedziałam się, że to całkiem normalne :)

      Przy następnej sposobności obiecuję się ujawnić :)

      Usuń
    7. Arki przy Borzoju akurat nie było, była w tym momencie w samochodzie w klatce :)
      Chart zrobił takie wrażenie na innych psach, jak jakiś duch z tym łopoczącym, białym futrem :D

      Parówa w buzi jest rzeczą normalną i akceptowalną. Teraz wiem, że trochę inaczej mogłam psa przygotowywać ale trudno.

      Usuń
  7. Dotrwałam do końca i choć historia jest mi znana, dobrze było o wszystkim przeczytać jeszcze raz.
    Arka nie jest wcale tak tragicznym przypadkiem, jak Ci się zdaje. Niekiedy jest też tak, że nasze wyobrażenia przerastają rzeczywistość. Możesz z suką w każdym razie pracować, potraficie dojść do porozumienia. To już coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda, zawsze może być gorzej. Nie życzę jednak nawet wrogowi tego, przez co musiałam przejść zwłaszcza przez pierwszy rok życia Arki.

      Usuń
  8. Powiem że wciągnęła mnie wasza historia i przeczytałam wszystko dokładnie :)
    Okropne zachowanie ze strony hodowcy , dobrze że otrzymałyście rodowód.Czy ta hodowla jeszcze funkcjonuje ? Szkoda psiaków , ciężko jest sobie poradzić z zepsutą psychiką BC ale wierzę w Ciebie , już i tak zrobiłyście ogromne postępy :) Pozdrawiamy ! Ola & Gustaw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hodowla wciąż funkcjonuje, pare miesięcy temu wypuściła kolejny miot Szelciaków. Z tego, co mi wiadomo suka Border Collie nie była ponownie rozmnażana ale czy nie będzie - tego nie wiem.

      Usuń
  9. Historia bardzo wciągająca. Często jak czytam takie prawdziwe historie na blogu sądzę, że są o wiele lepsze od "książkowych" przypadków i o wiele bardziej emocjonujące. Po tym poście widać, jak wiele pracy, cierpliwości i miłości musiałaś włożyć w układanie Arki. Widać, jak bardzo dążyłaś do poprawy sytuacji i psychiki psa. Takie osoby są dla mnie autorytetem. Podziwiam was, że mimo wielu niedogodności i rezygnacji z przyjemnych rzeczy (choćby agility) udało wam się przez to jakoś przebrnąć. Ogromne postępu można również zaobserwować w innych notkach, które zawsze dają coś do myślenia.
    Dla mnie praca z psem pokazała mi, że nie ma psa idealnego bez współpracy, właściwego postępowania i chęci do niej. Wciąż mam problemy z psem (choćby agresja na smyczy) jednak codzienna praca przynosi efekty. I choć nie jest idealnie wieżę, że dzięki pracy i cierpliwości w końcu tak jak wy wybrniemy z tych najmniej pożądanych zachowań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Mam nadzieję, że i Wam uda się dojść do porozumienia.

      Usuń
  10. Witaj :) Wspaniały blog :) dodaję się do obserwatorów :) Jaka smutna historia :( czasem są takie hodowle jakie opisałaś to smutne,że są tacy ludzie, którzy tak robią :( kiedyś myślałam,że miłośnicy psów są inni ale się pomyliłam :( zawsze są ludzie którym zależy tylko na pieniądzach ( nie wiem jaka była hodowczyni Arki,tylko mówię o niektórych hodowlach) Ja się bardzo cieszę,że trafiłam na wspaniałą hodowlę mojego Goldusia.Rzadko trafia się na taką Pani hodowczyni proponuje pomoc np. na wakacje zabiera pieski, gdy gdzieś jadę albo na każdej wystawie pokazywała go oprócz pierwszej wystawie.Bardzo miła, zawsze chętna do pomocy.Widać,że nie zależy jej na pieniądzach tylko na dobru piesków :) Szkoda,że trafiłaś na taką hodowlę :( jestem pod wrażeniem jak dałaś radę naprawić psychikę Arki :) na pewno inna osoba oddałaby psa bo by nie dała rady :) Gratulacje odwagi, pozytywnego myślenia, brnięcia do celu.Zastanawiam się czy dałabym radę... może.Niesamowite jak poświęciłaś się i dałaś radę :) Po prostu podziwiam Cię :) Będę często wpadała na bloga :) Jeszce raz gratuluję i życzę dalszych sukcesów :) Pozdrawiamy : Ewa z Goldim :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo dziękuję :)
    Niestety trafiłam najgorzej jak mogłam, ale chociaż mam nauczkę. Bywało ciężko i sama zastanawiałam się czy dam radę, ale jakoś się udało.
    Podziwiam hodowców, którzy tak dbają o szczenięta, niestety jest ich mało :/ Udało mi się dotychczas poznać tylko paru.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale się zaczytałam.. Niesamowite, naprawdę. Wiem, ile osób pisało to przede mną, lecz nie mogłam się powstrzymać, bo to prawda. Niesamowite jest to, ile pracy włożyłaś, by wychować psiaka, by umilić Wasze wspólne życie. Tak naprawdę to za takie czyny powinni przyznawać medale, a nie za wyuczone komendy itd. Z wielkim podziwem i aprobatą pozdrawiają i (od dziś) obserwują Tamara i Klara.

    www.sznaucer-klara.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetna notka! Widać, że na prawdę wiele poświęciłaś dla Arki i podziwiam Cię za te niesamowitą cierpliwość i zaangażowanie.
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie:
    www.eingharp-blog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Widać, że bardzo wiele razem przeszłyście. Musisz mieć ogromną siłę, cierpliwość i wytrzymałość w sobie, aby podołać wyzwaniu 'naprawienia' charakteru takiego psa. Zresztą świetnie sobie z tym poradziłaś, tak więc szacunek dla Ciebie za to poświęcenie. Pewnie większość ludzi w Twojej sytuacji załamałoby się i poddało, zostawiając psa z wadami, jakie ma, bez podjęcia próby ułożenia go i podporządkowania pewnym zasadom.

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj Justa, słyniesz z mega długich notek, ale warto poczytać :)
    Dalszych sukcesów i pozdrowienia :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co się ograniczać będę jak to dla mnie na przyszłość jest? :) Za życzenia nie dziękuję :)

      (Proszę nie używaj tego zdrobnienia, bo bardzo go nie lubię...)

      Usuń
  16. Długa notka, ale bardzo Ciekawe i chce się czytać :)
    Jak to mówią "raz na wozie raz pod wozem" ;)
    Dobrze że teraz jesteście na wozie heheh
    Mam znajomą która ma identyczny problem jaki miałaś/( masz ale tak jak by znikł )
    Ale nie zwraca na to uwagi jaka jest i dalej z nią trenuje agility, frisbee :D
    Świetnie że sobie poradziłaś :)

    OdpowiedzUsuń