"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

sobota, 8 grudnia 2012

Wystarczy przypadek

Niesamowite ile zależy od przypadku, od jednej chwili, nieplanowanego spotkania. Całe życie potrafi się zmienić, wszelkie priorytety, dotychczasowe marzenia i plany na przyszłość. Choć wcześniej coś było męczące, mało interesujące lub zniechęcające obecnie nie jest problemem, bo przebycie tego daje niesamowite pozytywy.

Sama nie sądziłam, że przez jedno przypadkowe spotkanie na Polach Mokotowskich moje priorytety i pogląd na świat tak się zmienią. Choć nadal lubię to co lubię, już nie ma tego "czegoś", tych emocji, pojawiają się pytania jak daleko iść i czy rozwijać się w dynamicznym stopniu czy trochę przyhamować.

Miałam plany na przyszłość, powiedziałabym sportowo-kynologiczne, niesamowicie ambitne, dorównujące mojej codziennej ambicji. Ale teraz przyszły wątpliwości, czy to na pewno słuszna droga, czy warto w to się angażować i czy na pewno w tym stopniu. Pojawiło się tyle spraw, nagle zajmujących i pilnych zajęć, zaprzątających głowę ludzi...

Nie wiem co wybrać, czy dam radę, czy spełnię oczekiwania i sama jeszcze będę z tego czerpać przyjemność. Wystarczył przypadek, by pojawiło się tak dużo wątpliwości...

poniedziałek, 12 listopada 2012

Mistrzostwa Polski Obedience 2012

Weekend za nami, nawet bardzo interesujący, to i relacja się należy. Choć emocje już trochę opadły, wspomnienia są wciąż świeże.
W sobotę startowałyśmy na Mistrzostwach Polski Obedience, wciąż w klasie 0. Start dosyć nieplanowany, bo po Wrocławiu miałam zakończyć przygodę z tą klasą, jednak zawody tak blisko domu, na dodatek za małą opłatą sprawiły, że postanowiłam jeszcze raz dla obycia się z ringiem pójść i zaprezentować nasze umiejętności. Sezon startowy zakończyłam wyśmienicie, bo na 3 miejscu z 14 zawodników, z 91/100pkt i oceną doskonałą! Właściwie, to DOG Line znów zdobył to, po co przyjechał - Aga z Myszką wygrały w pięknym stylu tytuł Mistrza Polski klasy 3, a ja zdobyłam kolejny pucharek do kolekcji wraz z pięknym medalem i siatką nagród :)
podczas treningu
zdjęcie dzięki Ani :)
Ten start uważam za najlepszy w swoim życiu, nigdy nie byłam tak dumna z psa, ale również z siebie. Ponieważ w zerówce nie był przyznawany tytuł MP, walczyłam tak na prawdę o pietruszkę i podeszłam do wszystkiego na całkowitym luzie, weszłam na ring jak na zwykły trening, tylko z widownią :) Moja postawa zadziałała na psa jak dozwolony doping, rozluźniając jej mięśnie i pozwalając bardziej zaufać mi w ty momencie. A ja tylko uśmiechałam się od ucha do ucha podczas ćwiczeń jak i między nimi. Nawet jeżeli psica tego nie zauważyła, to na pewno wyczuła, bo bardzo starałam się, by nie parsknąć śmiechem tuż przed jednak surową sędzią.

Pare słów na temat naszego startu pewnie się przyda na przyszłość:
Ogólnie, punkty straciłam na tym, nad czym pracowałam by tak wyglądało. Trochę może skomplikowane, ale gdy walczy się pół roku o energię w psie i traci potem punkty na jego zbyt dużej wesołości, to tylko można poklepać się po ramieniu. Tak samo jak zastąpić niewyobrażalny strach taką miłością do sędziego, że wytrzymanie pozycji zasadniczej jest mniej interesujące niż próba polizania go.


Oczywiście nagrywane żelazkiem...

Na początku socjalizacja - zawsze wychodziła idealnie, tym razem piesiosław postanowił bardzo pokazać sędzi jak bardzo jest socjalnym stworzonkiem i niestety nie wytrzymała pozycji. Ogonek chodził jednak od początku, co mnie cieszy. Na odprawie była mowa o dotykaniu psa, jednak pani sędzia pozostała przy podaniu ręki do powąchania. Tak też dostałyśmy "tylko" 9,5pkt (jeju jak sobie przypomnę jak przed pierwszym startem bałam się, czy Lewkowicz wyjdzie ze spotkania z całą ręką, to aż nie wierzę...).

Tuż przed zostawaniem Arka była na tyle nakręcona i w dobrym nastroju, że postanowiła sama znaleźć i zaproponować mi zabawkę do zabawy, chociażby patyczek lub liść (co sędzia skomentowała krótkim "o!" :) ). Tak się stwór dobrze poczuł na ringu!
Komisarz zwracał mi pare razy uwagę, żeby mocno odsuwać się od pachołków - miła uwaga.
Rzeczą nad którą musimy się skupić jest zmiana pozycji - kładzenie się na boku i rozglądanie się. Mamy z tym problem od początku i widać, że trochę czasu nad tym trzeba posiedzieć. Podoba mi się natomiast tempo, z jakim przyrównała potem. Ponieważ widziałam po niej lekkie spięcie już w drodze powrotnej zaczęłam się uśmiechać i nie przestałam do końca :) Tak oto zarobiłyśmy 9pkt.

Chodzenie przy nodze było naszym najlepszym w historii. Przez chyba pół roku walczyłam o energię w tym psie, o otworzenie się, zaufanie i rozluźnienie. I tak też zwykły uśmiech jak i przypadkowa czynność, która wykonałam podczas ćwiczenia dały idealny efekt. Co ciekawe, straciłam punkty na tym, nad czym walczyłam - pies był za żywiołowy i aż napierał mi na nogę, za co byłam w stanie w tym momencie nawet ją nagrodzić :) Początkowo trochę się nie "włączyła", ale po czasie przypomniała sobie co robimy, nie zniechęciło jej nawet przydepnięcie przeze mnie jej szanownego ogona! Nie mamy niestety dobrze zrobionych zwrotów, co widać, czuć i co ciągnie się za nami już jakiś czas. Ciągle jakoś nie możemy dojść do porozumienia w tej kwestii. Zdarzyło jej się też mnie wyprzedzić, na co muszę uważać. Ale od tego mamy całą zimę, by ćwiczyć :) Za oba chodzenia dostałyśmy po 8,5pkt.
"Mamo, mamo, będziesz jeszcze deptać po ogonku?" XD
Przywołanie było trochę dziwne... Przed naszym wejściem na odprowadzeniu do niego nasikał pies, przez co przestawiono pachołki bliżej środka placu. Wciąż trochę bałam się czy zapach nie będzie silny. Ale jak znów zostałam poinstruowana o przejście daleko od i tak przesuniętego pachołka, wiedziałam, że nie będzie źle. Coś tam znów zaniepokoiło psa, bo chwilę zajęło jej włączenie się w ładny kontakt, pod koniec za to sędzia idąc zaszurała i to mocno zadziałało na psa. Przywołanie było dla mnie akurat o tyle dziwne, że Arka nie biegła na pełnej szybkości jak zwykle, a bardzo szybko zaczęła zwalniać, sędzia skomentowała to tym, że po tej rasie spodziewała się szybszego tempa. A ja się z tym zgadzam :) Otrzymałyśmy jednak 9pkt.

Przed aportem musiałam trochę nacisnąć na psa, bo widziałam, że ma niezbyt mądre pomysły w głowie typu "znajdźmy ciocię Agę i przywitajmy się". Taka zaleta ćwiczeń wykonywanych blisko publiczności :) Trochę też niepotrzebnie przestraszyłam psa swoim ruchem (ach ta nadwrażliwość...). Spięła się bestia i nie dość, że wolno pobiegła to i wróciła byle jak. Ale niby poprawnie, dobrze, ze bez nawet jednego podgryzania drewna. Już nawet nie będę się skupiać na fakcie, że mój kochany, nowiutki, drewniany koziołek został na terenie, bo zapomniałam go zabrać po zawodach, a ponieważ miałam identyczny jak organizatorzy, nie wiedzą, który jest mój i nie dadzą mi żadnego :( Dostałyśmy 9pkt. i mamy bardzo skupić się na tempie.

Przeszkoda poszła idealnie, bardzo spodobała się sędzi, choć sama popełniłam trochę błąd, bo stanęłam dosyć daleko. Poprawił się powrót psa, pamięta teraz o dokładnym równaniu, co mnie cieszy. Zarobiłyśmy piękne 10pkt.

Nad zmianą pozycji trochę się zastanawiałam, bo na wcześniejszym krótkim treningu na terenie obok słabo robiła ją przede mną. Stąd decyzja, by zrobić jednak obok, choć chciałam poćwiczyć już na przyszłość, do jedynek. Widać zmęczenie psa, b siad nie jest w pełni energiczny, jak bym się tego spodziewała. Sędzi jednak bardzo to podpasowało, bo dała nam maksymalne 10pkt. i miło skomentowała.

Ogólnie, zdobyłyśmy 91pkt. Podczas omówienia dowiedziałam się całkiem przydatnych i praktycznych rzeczy na temat naszego startu, bardzo miło, gdy sędzia robi coś takiego. Usłyszałam bardzo dużo niesamowicie miłych słów na temat naszej współpracy, chociażby to, że nie spodziewała się ona tak wysokiego poziomu w tej klasie (zastanawiam się co w takim razie powiedziała Marcie, która z Grace wygrała zerówkę :) ).
Po starcie Arka wreszcie mogła wpaść w ramiona cioci i zostać od stóp do głów wycałowana i wymiziana (i vice versa!) aż popiskując z radości. Dostała pełno nagród a ja miałam chwilę by przemyśleć ten start.
W końcu, z nieplanowanego, treningowego startu wylądowałyśmy na 3 miejscu, co całkiem mnie zaskoczyło. Gdy widziałam wcześniej listę startową, spodziewałam się całkowicie innej kolejności w wynikach, choć z tyłu głowy gdzieś myślałam sobie, ze miło by było przywieźć do domu brązowy medal :) Chyba następnym razem będę musiała myśleć tylko o złocie!
Następny start będzie już na pewno w jedynkach, bo i mi znudziła się zerówka i Aga zabroniła nam już startów w niej ;)
czy tylko ja się cieszę z pucharku? :D
zdjęcie Tomasza Chodzenia

wreszcie mam ładne zdjęcie z podium!
Marta z Grace wygrały jednak całkowicie zasłużenie. Niektórym poszło lepiej, innym gorzej, taki to już sport. W wyższych klasach również toczył się bój, jednak o wiele bardziej zażarty, bo już o tytuły MP poszczególnych klas. W jedynkach wygrał Alan z Neverem (a śmiał się ze mnie przed moim startem, konkurent jeden :D), w dwójkach w pięknym stylu Patrycja z Zoe, a w trójkach mamusia Nevera - Myszka. Poziom był na prawdę wysoki, sędziowanie wyśmienite, pogoda jak zamówiona a herbatka przy sekretariacie pyszna jak nigdy :D
To drugie zawody w Powsinie, na których byłam i które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto tam wracać :)
tak się niektórzy odstresowują po starcie...


Może jakieś zdjęcia będą, gdy dostanę jakieś od taty Marty, wstawię je wtedy do tego postu :)

czwartek, 11 października 2012

Trzecie urodziny!

Dzisiaj Małe Zło skończyło 3 rok życia. Niesamowite jak ten czas leci...

Choć nie spędzamy tego dnia tak, jakby mi się marzyło z mojego powodu, postarałam się przygotować specjalną ucztę na wieczór. Odbijemy sobie kiedyś ten dzień w przyszłości :)
Niestety nie będzie długiej relacji, emocjonującego filmu ani stosu zdjęć z sesji urodzinowej.
poważny pies o siwym pysku
Te trzy lata a właściwie ostatni rok dużo dały do naszego porozumienia, o wiele lepiej "czytamy" się nawzajem, rozumiemy czasami bez słów. Nawet psychika Arki zmienia się na lepsze, widać ogromną poprawę - na ostatnich zawodach niektórym trudno było uwierzyć w jej przeszłość i tylko jeden inteligentny pies wyczuł, że "coś jest z nią nie tak", zachowywał się inaczej względem niej.
Dużo nauczyłyśmy się w kwestii startowania na oficjalnym ringu. W końcu zawsze lądowałyśmy z oceną doskonałą, raz nawet na podium. Najbardziej jednak cieszy otwieranie się psa na świat. Kosztowało to trochę pracy i będzie kosztować jeszcze wiele, bo z każdym "otwarciem się" ujawniają się kolejne problemy do rozwiązania. Nie kończymy jeszcze naszej kariery w sporcie a właściwie dopiero ją zaczynamy, obie wkręcamy się w to coraz bardziej. Choć championatu obi nie dostaniemy nigdy, każdy mały sukces na ringu jest ogromną nagrodą.
Dzięki psicy przejechałam od granicy litewskiej do Wrocławia zaliczając jeszcze rodzinną Warszawę. Mając takiego psa odległości nie są już problemem.

Arka stała się moim "kochanym pieseczkiem" idealnie rozumiejącym moje obecne zabieganie, przychodzącym się poprzytulać czy po prostu poleżeć obok, na spacerze na najmniejszy mimowolny gest równającym i pokazującym, że jest gotowy do dalszej nauki, treningu czy chociażby zabawy. Kto by pomyślał, że pies bojący się koziołka na widok nowych, drewnianych (taki prezencik na urodziny oprócz uczty dzisiaj wieczorem :) ) nakręci się i będzie machać ogonkiem mogąc trzymać jeden z nich w pysku?
prawda, że pięknie trzymam?
Mam nadzieję, że jeszcze wiele razy Arka zaskoczy mnie pozytywnie do następnych urodzin :)
Najlepszego moja Mała Czarna!

niedziela, 30 września 2012

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Człowiek taki jest, że wiele rzeczy ocenia subiektywnie, an podstawie własnych przeżyć czy chociażby preferencji. Nie ma w tym nic złego, w końcu każdy ma prawo do własnego zdania. Ale lepiej go nie wciskać komuś na siłę, bo nie dość, że to niemiłe, to jeszcze może dać odwrotny efekt.
Dlatego czasami na forach zamiast dobrej dyskusji widzi się kłótnie o najdrobniejsze szczegóły. Język pisany ma to do siebie, że nie przekazuje emocji i trzeba umieć określić wszystko tak, by druga osoba zrozumiała w dobry sposób.

Ale nawet czasami mowa nie jest skuteczna - zwłaszcza gdy jakaś staruszka stara się mnie na siłę nawrócić (choć jestem osobą umiarkowanie religijną). Ale kwestię wariatów pomijam.

Czasami zastanawiam się jak długo trenerzy dochodzili do umiejętności dobrego przekazywania wiedzy by wszystko pokazać, wytłumaczyć i jeszcze sprawdzić w praktyce. Z mojego punktu widzenia jest to całkiem ciekawe, bo nie jestem trenerem. A punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na ostatnim treningu rozpoczęłyśmy już naukę jedynkowych ćwiczeń, co wychodziło różnie. Choć to dopiero początek a efekty były żadne i tak miałyśmy malutką widownię :) Dużo pracy przed nami, na szczęście teraz wiem co robić, bo niektórych elementów po prostu nie wiedziałam jak nauczyć.
Sezon zakończymy jeszcze jednym startem w zeróweczce, jak wszystkie niezaplanowanym bardzo. Może zmieszczę się na liście startowej :) Przyda się nam obu ogarnięcie ze stresem na ringu.
Chcę jechać tym bardziej, ze zawody są dosyć blisko domu i aż żal byłoby nie skorzystać z okazji. Ale tu znowu mój punkt widzenia zmienił się jeżeli chodzi o dojazdy. Jak już do Wrocka pojechałam, wczoraj tylko na pare godzin do Łodzi to i w okolice Warszawy można :)





Czas na chwile reklamy. Klub Dog Line zaprasza serdecznie na charytatywny dogtrekking. Akcja warta świeczki, bo za pieniądze z loterii fantów zostaną wykastrowane bezdomne psy. Warto wziąć udział!

Szczegóły: LINK


Od dzisiaj mój blog zmienia formę, notki nie będą dodawane regularnie.

niedziela, 23 września 2012

Nudno, nie warto czytać.

Ponieważ ten tydzień również minął pod znakiem mojej cudownej i uroczej choroby (tym razem ze współudziałem antybiotyku o bardzo fajnych skutkach ubocznych - mój TŻ, farmaceuta, gdy zobaczył co dostałam, aż się za głowę złapał...), jedyne, co mam w głowie to tysiące myśli, nieuczesanych i niepoukładanych.

Nie ukrywam, że trochę w internecie się siedziało, doceniając zalety laptopów. Coś tam zawsze w bazie się porobiło, na forach posiedziało, filmiki pooglądało. Z rozrzewnieniem patrzyłam na wymarzone arkowe chodzenie przy nodze z treningowych zawodów. Niby było to jakiś czas temu a u nas wcale nie jest lepiej. Na oficjalnych zawodach tak się spinam, że psica szuka tylko ratunku w postaci kogoś stabilniejszego psychicznie :) Nie wiem jak by do tych jedynek pójdziemy...

Zauważyłam też jak łatwo jest manipulować ludźmi w internecie. Zwłaszcza na forach, twarzoksiążkach czy innych miejscach z duża ilością użytkowników. Wystarczy wrzucić pare filmików, odpowiednio dobranych zdjęć i barwnych komentarzy, by stać się idolem motłochu. Nie ważne, że prawda bywa mniej urocza, gdy wszystko tak ładnie wygląda. A takim idolom wybacza się wtedy więcej, inaczej traktuje się ich "wybryki", no bo w końcu to spece w wielu dziedzinach i ogólnie zajebiści ludzie.
A jak czasami idol ma więcej wad niż zalet. Mnie ktoś uznał za swojego idola! Śmiech na sali!

Z drugiej strony, łatwo człowieka zgnoić. Łatwo nie wiedząc praktycznie nic o danej osobie czy o sytuacji oceniać, komentować, gnoić i mięsem rzucać. Ile to już było "akcji" na FB z ratowaniem zabiedzonych psów czy szkoleniowcami krzywdzącymi psy? Nie popieram takich rzecz, o nie. Ale warto czasami się zastanowić zanim coś się napisze na temat nieznanej osoby, a jak się potem okazuje nieznanej nawet z imienia i nazwiska! Bo znając niektóre "cele" ataków osobiście, wiem, że część rzeczy jest mocno krzywdząca i przesadzona.
W ciągu paru sekund można całkowicie stracić reputację, na którą pracowało się długie lata. I nie będą miały wtedy znaczenia wcześniejsze osiągnięcia.

Ludzie mają różne poglądy na świat. Niektórzy psiarze szkolą tylko pozytywnie, inni z elementami awersji. A ilość przeciwników jak i zwolenników pana Gałuszki czy pani Boczuli jest chyba tyle samo i tak samo zajadle bronią swoich idoli :)

Zawsze wychodzę z założenia, że można kogoś lubić bądź nie, ale każdemu należy się szacunek. Zwłaszcza podczas rozmowy czy oceny.





Na koniec, dla wszystkich uważających, że Bordery zostały stworzone wyłącznie do frisbee, agility czy sztuczek, filmik prezentujący je w ich prawdziwym świecie, podczas pracy ze stadem. Tu akurat z bydłem :)
Czy aż tak bardzo widać, że lubię psy pracujące? :D
Bardzo dziękuję wszystkim głosującym na Arkę. Wciąż można to robić i zachęcam do tego. Szczegóły w poprzednim poście :)

czwartek, 20 września 2012

Głosujemy!

Będę wdzięczna za pomoc w małej forumowej zabawie :)

Wystarczy wejść TU i zagłosować na Arkę (1 kwadracik ;) )
Każda pomoc się liczy!

EDIT: z powodu problemów z ankietą głosowanie zostało przeniesione na maila. Gdyby ktoś w dalszym ciągu chciał nas wesprzeć, wystarczy napisać mail na adres psijaciele@poczta.fm , wpisując w tytule "Głosowanie" a w treści Arka z Říše Fantazie :D

niedziela, 16 września 2012

Na spokojnie, powolutku.

Jestem porządnie chora. Od tygodnia. Także nie chce mi się długo pisać. Zwłaszcza, że czeka mnie jeszcze pare tekstów do napisania w innych miejscach...

W dniach takich, jak minione, cieszę się, że nie miałam nigdy problemów z nauczeniem psa odpoczywania. Wiem, że u niektórych nie wygląda to tak radośnie i przez długie miesiące jak nie lata męczą się z nad aktywnym psem nie znającym umiaru, ciągle w stanie gotowości. Wyobrażam sobie jak męczące musi to być, gdy ciągle dostajesz na kolana piłkę czy inną zabawkę a przy próbach ignorowania jest ona tylko poprawiana bądź przekładana bliżej rąk.
Pandora.
Arka nie jest taka w domu. Szybko udało mi się ją przekonać, że zabawa to tylko poza domem a w 4 ścianach to odpoczynek. Nie obyło się i bez porażek - ma miejsca i konkretne sytuacje poza domem, gdzie nie potrafi się uspokoić. Niestety przyczyniła się do tego moja rodzina.
W dalszym ciągu w domu potrafi się nakręcić (jak np. podczas ostatniego ćwiczenia zmiany pozycji - w domu, bo musiałam ograniczyć spacery do minimum z mojego powodu), ale przeważnie ładnie się wycisza, w razie czego można ją uspokoić w klatce czy przywołując do siebie. Co prawda nie ma aż takiego wyciszenia jak znane mi Bordery, gdy od razu po przekroczeniu progu kładzie się i nic ją nie obchodzi :) Udaje jej się coraz lepiej uspokajać przed zawodami, gdy jest zostawiona na komendzie "połóż się". Na treningach już wie, że to czas na relaks i obserwowanie nienormalnej właścicielki.
Na pewno coś knują!
Co do przywoływania jej w domu. Mam szczęście mieszkać w takim, że nawet pisząc ten post nie wiem gdzie jest pies, nawet nie wiem czy jest w pobliżu. A sama Arka nigdy nie była bardzo przytulaśnym psem (bo przecież własny świat jest lepszy...) i często wolała gdzieś zaszyć się w kącie i mieć święty spokój. Nie jest to cień człowieka, chodzący krok w krok (chyba, że w ręku ma się coś smacznego, lub (uwaga!) aparat fotograficzny :) Psica zapamiętała sobie, że gdy niosę go, to oznacza coś super fajnego, jakąś serię filmików czy zdjęć z duża ilością nagród :)
Przeważnie jednak, by psa zobaczyć, trzeba go zawołać i odliczyć do 3, by zdążył przybiec. A wtedy może uda się go namówić do położenia się obok na łóżku i grzania schorowanej pańci. Ta czynność też nie jest dla Małego Zła ulubioną, choć akurat z powodu wyuczenia - do wieku gdzieś roku nie wolno jej było nigdzie wchodzić, także przyzwyczaiła się do leżenia na podłodze, co uznaje obecnie za wygodniejsze.
Moja uratowana kocica, codziennie dziękująca za pomoc. Oczywiście w swój autystyczny sposób.
Dobra w niej jest bardzo mała szczekliwość, zwłaszcza gdy boli głowa od gorączki (lub czasami innych stanów). Nigdy nie miała z tym dużych problemów a gdy coś się pojawiało, szybko to likwidowałam. Dla mnie to jedna z najgorszych cech psa i bardzo pilnowałam, by ewentualnie nie rozwinęło się to, zwłaszcza podczas pobudzenia w pracy. Obecnie Arka szczeka jedynie podczas pilnowania terenu (co mi bardzo nie pasuje, ale mimo walki nie udaje mi się tego wyplenić).

Spędziłyśmy sobie więc ten tydzień w ciszy i spokoju, na wylegiwaniu się i przekładaniu z boku na bok. Dla zachowania psich zdrowych zmysłów, uczyłam ją w domu zmiany pozycji, o czym już wspomniałam. Nigdy nie widziałam jej tak nakręconej, gdy jednego dnia zebrało mi się na ogromną radość z każdej dobrze przestawionej lub nieruszonej łapki. Wygląda to coraz bardziej obiecująco i może za miesiąc, gdy będzie to iść takim tempem, będę zadowolona z efektów :)
Czytałam dokładnie regulamin jedynek i muszę stwierdzić, że pomijając chodzenie przy nodze, które z powodu spięcia zawsze będzie naszą kulą u nogi, czy kwadratu, który wciąż jest słabo znany psu, może jakoś damy radę przez tą zimę to wszystko ogarnąć. Ale to wszystko na spokojnie, powolutku, tak jak nam sił i czasu wystarczy. W końcu nigdzie się nam nie spieszy :)



Miałam prawie nic nie pisać a i tak tyle wyszło... Choć jeszcze nigdy tak długo nie pisałam postu. Jest ze mną źle :/
Tak wiem, jakość dzisiejszych zdjęć jest adekwatna do taboretu, którymi były robione...

niedziela, 9 września 2012

Trochę o obi na przestrzeni lat

Niektórzy pewnie wiedzą, że pomagam czynnie w tworzeniu Bazy Obedience. Projekt całkiem ciekawy, bo mający na celu zebranie informacji o zawodach, zawodnikach i sędziach, póki istnieją one jeszcze w wersji papierowej lub elektronicznej gdziekolwiek na świecie. Co ciekawe, część informacji można znaleźć już tylko na pozamykanych forach lub starych stronach internetowych (ale o dziwnych sytuacjach w ZK nie chcę tym razem pisać).

Przeglądając poszczególne podstrony można zauważyć, jak bardzo preferencje względem ras psów się zmieniały. Początkowo były to głównie owczarki niemieckie, później również belgijskie, ale wciąż różnorodność ras pozostawała ogromna. Bordery licznie pojawiły się stosunkowo późno, więcej było już szetlandów czy beagle'i. Jak dla mnie przekaz jasny, kiedyś już przeze mnie opisany - z każdym psem się da i nie tylko bordery są stworzone do sportu.

Regulaminy zmieniały się już wielokrotnie i trudno czasami porównać jeden wynik do drugiego, bo nie zawsze oznaczają one to samo. Dzisiejsza zerówka jest trudniejsza od tej obecnej dwa lata temu, a również ludzie zdobywają świetne oceny. Początkowo widać też, że zawody były inaczej sędziowane niż obecne.

Trudno opisać atmosferę zawodów sprzed tylu lat, gdy się na nich nie było. Z opisów wynika jednak, że była ona całkiem dobra :) Obecnie organizatorzy często starają się dogodzić zawodnikom planując wszystko jak najlepiej. Sami startujący natomiast albo siedzą w kręgach własnych klubów lub choć zachowują pozory miłej rozmowy z innymi. I choć można poznać bardzo ciekawe osoby, miło pożartować czy pośmiać się, czasami czuć rezerwę względem np. konkretnego klubu.
Swoją drogą zawody obi tym różnią się od innych sportów, że każdy stara się jak najmniej przeszkadzać innym. Tylko w tym sporcie psy są uciszane i uspokajane jak najszybciej, nikt nie nakręca swojego psa np. piszczącą zabawką tuż obok ringu, gdzie startuje inny pies. Mijając się podczas wysikiwania psa również każdy stara się zapobiec ewentualnym spięciom i czasami nawet idzie się inną drogą, zawsze z psem pod kontrolą. Dużo jest w regulaminie i przeważnie się go przestrzega, choć bywają i uwiązane psy w kagańcach pozostawione na terenie zwodów czy bardzo agresywne osobniki atakujące inne dosłownie co pare minut, niezależnie gdzie właściciel je prowadzi. Na szczęście w tym drugim przypadku spokojne zwrócenie uwagi i wytłumaczenie paru spraw daje rezultaty.
Taka postać rzeczy nawet mi odpowiada, nie biegają nigdzie nadmiernie nakręcone, drące mordki psy, nikt nie stara się na siłę pogłaskać psa czy podchodzić ze swoim do Twojego. I tak powinno być.

Obi widać, że się rozwija. Coraz więcej organizuje się zawodów, zaprasza się dobrych, zagranicznych sędziów, organizuje seminaria... Jeszcze nie osiągamy mega sukcesów na ringach światowych, ale młodzi, chętni zawodnicy mogą kiedyś pokazać na co stać biało-czerwonych. Cieszy to, że tak wiele osób ćwiczy ten sport chociażby dla własnej frajdy, bo pokazuje to większą świadomość ludzi. Mam nadzieję, że więcej osób będzie startować a oddziały ZK będą zgadzać się na organizację większej ilości zawodów. Warto to rozwijać.



Tak sobie myślałam też o naszym obi, naszej Drużyny Specjalnej Troski. Przez tydzień po powrocie z zawodów odpoczywałyśmy obie fizycznie i psychicznie, czasami tylko pokazałam psicy jakiś wesoły element z rally-o, dla rozluźnienia i zużycia próbek karmy z prezentów. Psica nieźle się zaborderzyła, przez cały czas gdy chciałam wytłumaczyć jej powrót przede mnie, nie do równania, gdzieś ten tyłek jej wędrował w bok, nawet w lekkich podrygach, co czasami wyglądało komicznie. Po prostu zmęczenie materiału.
OMG drzewo!
nie umiem robić zdjęć...
Trochę zastanawiałam się czy iść do klasy wyżej i startować następnym razem już w jedynkach, czy jeszcze męczyć tę przeklętą zerówkę. Jednak nie widzę dużego sensu w staniu w miejscu. Nawet jak będziemy zajmować ostatnie miejsca, to będzie to impuls do rozwijania się, będzie wiadomo co poprawić następnym razem. Poza tym przez zimę może uda nam się wypracować wszystko w znośnym stylu. Są tam ćwiczenia, które będą dla nas trudne, ale w końcu się z nimi uporamy. W końcu zarówno w zerówkach można znaleźć psy o wiele lepiej "pracujące" od Arki, jak i w wyższych klasach psy "pracujące" o wiele gorzej. A jaka będzie nasza przyszłość - zobaczymy.

środa, 5 września 2012

Zawody obedience o CACIOB we Wrocławiu 1-2.09.2012

Trochę się zbierałam do napisania tego posta. A jak już usiadłam, to ostrzegam - będzie długo! Dla szybko nudzących się polecam inne lektury :)
Wczoraj, późnym popołudniem udało nam się bezpiecznie wrócić z zawodów obi. Przygoda całkiem niezła, ale cel osiągnięty - Mysza zdobyła wniosek o CACIOB, Arka zaczęła się otwierać. Ale wszystko po kolei.

Wystartowałyśmy już w czwartek rano. Była to moja pierwsza tak daleka (360km w jedną stronę) podróż samochodem, gdzie byłam jedynym kierowcą i nie ukrywam, że miałam duże obawy. Przez pewien czas szukałam nawet kogoś na zmianę lub choć na "wszelki wypadek", ale ostatecznie pojechałyśmy tylko w świetnym gronie dwóch ludzi (ja i Aga) i dwóch Borderów (Arka i Myszka). Jakoś po 7 godzinach mordęgi dotarłyśmy. Nie obyło się bez zabawnych chwil gdy np. po przejeździe paru kilometrów strasznych dziur GPS postanowił spaść z haka a z powodu prędkości nie miałam jak go zaczepić z powrotem lub gdy na ostatnich 50km odbijało nam całkowicie. Zaliczyłyśmy nawet schizę, że złapałyśmy gumę lub odpada nam koło :D Po drodze Aga siedziała z nosem w moim biednym laptopie, dzięki czemu byłam na bieżąco z najnowszymi wieściami :)

Musiałyśmy zmienić wcześniej zarezerwowany hostel i trafiłyśmy na bardzo tani, ale wart jedynie takiej ceny. Warunki mocno studenckie... Jakoś jednak przespać się dało, dzięki czemu piątek spędziłyśmy na zwiedzaniu miasta i odstresowywaniu się, gdy psice tęskniły za nami w pokoju i resetowały bateryjki. Po południu pojechałyśmy też zapoznać się z terenem na treningu, przy okazji pogadać ze znajomymi i poznać trochę ludzi. Ciągle zastanawiam się, czy jednym z naszych celów nie było też przemoczenie do suchej nitki...

Sobota to już dzień startu. Wstałyśmy bladym świtem by spokojnie się naszykować i dojechać na plac (jak to dobrze, że we Wrocławiu jest tak mały ruch a ja jeszcze mam jakiś refleks...). Trochę przed startem psica postanowiła zerwać obroże, którą nakładałam jej na starty i treningi. Nieźle ciągnęła, by do mnie dotrzeć gdy Aga ją prowadziła...
Mój poziom stresu sięgał całkiem niezłych wysokości a starty miały zacząć się już za chwilę. Arka szukając jakiegoś ratunku w postaci bardziej stabilnej osoby wciąż zalizywała Agę, która była niesamowicie "szczęśliwa" z tego powodu (glizdolenie wynikało jeszcze z jednego powodu, o którym później). Dla uspokojenia jej, poszła ona z nią do Na Falowców, gdzie została porządnie wygłaskana i uspokojona. A ja miałam chwilę na zebranie myśli i zastanowienie się nad sensem życia.
Wreszcie, czas na nas. Nie było tragedii:

(Jak w wielu moich filmikach, polecam wersję HD)

Pare słów na temat mojego startu pewnie się przyda. Z mojego punktu widzenia była to tragedia, jednak na filmiku nie wygląda to aż tak źle. Sędziował nas Arnold, także nie spodziewałam się innej oceny niż doskonała, ale wciąż dążyłam do perfekcji. Bardzo pomagała nam Aleksandra, nasz komisarz - na prawdę dobra robota!
trochę motywacji przed startem
trochę skupienia przed startem
gruby szczur z jasnym okiem
Socjalizacja wyszła wyśmienicie, ogonek w ruchu (<3), glizdolenie, ale też wytrzymana pozycja. Zostawanie bardzo mi się podobało, zwłaszcza po oglądaniu się w Powsinie czy zawąchaniu na treningowych zawodach. Tu idealne skupienie z małą reakcją na idącą na psa sekretarz ringu (po cholerę szła na psa?), nie mam nic psu do zarzucenia. Sama mogłam tylko poprawić ją w siadzie przed położeniem jej, by była bardziej prosto, ale to szczegół.
Chodzenie przy nodze nie jest naszą mocną stroną i o ile na treningach Arka jest w stanie długo i w pięknym stylu, z pełnią energii iść przy nodze po różnych nawierzchniach tak na zawodach mój stres, dziwne sytuacje i pare innych czynników sprawia, że pies niemiłosiernie spina się a ogonek wędruje w dół. Były też momenty totalnego nieskupienia, zwłaszcza gdy pies zapatrzył się na parę występującą na placu obok lub na Agę poza ringiem. Jest to nauczka, by przyzwyczaić psa do takich sytuacji. Wiedziałam też o jednym newralgicznym miejscu i kurcze nie zareagowałam odpowiednio przez co się zgubiłyśmy. Zrobiłam też rzecz straszną dla psa - podczas chodzenia wypowiedziałam dwa razy mocno karcącą komendę. Chciałam ratować sytuację, a zadziałało to odwrotnie, zrobiłam z psa szmatę. Znów nauczka na przyszłość.
smutne chodzenie przy nodze
kiedyś ten ogonek pójdzie w górę!
Przywołanie wyglądało już wyśmienicie, sucz znów na pełnej prędkości przybiegła, nie dotykając mojego kolana, za co ją uwielbiam :) Tym razem podobało mi się też odprowadzenie, również oceniane. Niby zgubiłyśmy się na końcu, ale było dobrze.
Aport był nieporównywalnie lepszy niż na poprzednich startach, choć musiałam pomóc suczy ciałem, by dobrze usiadła. Wolałam stracić punkty niż nauczyć psa olewania pozycji zasadniczej. Aleksandra powiedziałam mi po zawodach, bym zawsze starała się oddawać koziołek do tyłu, w sposób niewidoczny dla psa. Unika się zapatrzenia w zabawkę i myślenia o czym innym :)
Przeszkoda jest ulubionym elementem Arki, robi go idealnie i nawet dla własnej przyjemności. Nic bym nawet nie zmieniała, może siłę własnych gestów, już niepotrzebnych.
Na koniec zmiana pozycji. Sądziłam, że siad będzie szybszy, choć wciąż całkiem ładnie to wyglądało.

Ostatecznie, zajęłyśmy lokatę 2 na 16 par, otrzymując 94/100pkt, ocenę doskonałą. Małe Zło wypracowało sobie pyszną puszkę, którą pożarła szybciej niż zdążyłam otworzyć. Ten dzień był idealny dla jej socjalizacji. Najpierw została wygłaskana przez paru zawodników, potem podczas rozdania nagród musiała wytrzymać w bliskiej odległości innych psów, poradzić sobie w miejscu przesiąkniętym adrenaliną i stresem ludzkim i psim. Bardzo dużo jej to dało. Aga z Myszką wykosiły co miały i co mogły - uzyskały wniosek o CACIOB. Wszystkie nagrody ledwo zmieściły się w bagażniku :D
tak, wiem, mam straszną minę...
nasze miszcze! i tak nie wzięłyśmy do zdjęcia wszystkich nagród...
nagroda większa od psa!
Teraz już wiem czemu Obi jest tak męczące dla psów - same padłyśmy ze zmęczenia tuż po powrocie, dałyśmy radę tylko uzupełnić wyniki w bazie.

 Niedziela nie należała do tak udanych, ale wciąż była bardzo optymistyczna. Przytrafiło nam się pare niefortunnych zdarzeń, które mimo mojego większego luzu i lepszego samopoczucia psa sprawiły, że występ był o wiele gorszy. Już na start weszłyśmy całkowicie nieprzygotowane, bo wszystko nagle przyspieszyło, ktoś zrezygnował, kogoś nie było i musiałyśmy już, natychmiast wejść. Nieźle mi to ciśnienie podniosło.

(Znów polecam lepszą jakość :) )
Socjalizacja ponownie przebiegła wyśmienicie. Niestety zostawanie nie było już tak udane. Od chwili mojego zatrzymania 10m od psa, jakaś kobieta za ogrodzeniem starała się ze wszystkich sił przywołać swojego psa. Tak bardzo się darła, że pies nie wytrzymał presji i w końcu usiadł. No nie dziwię jej się ostatecznie, choć trzeba będzie i nad tym popracować.
Chodzenie przy nodze było weselsze i luźniejsze, bo i ja byłam mniej zestresowana. Stąd i ogonek w górze. Widać też zmianę zachowania gdy idziemy na płotek i od niego. Niestety coś dziabnęło psicę - jakieś cholerstwo latało w okolicy, bo wiele psów było pogryzionych, niektóre musiały nawet zrezygnować z dalszego występu. Cieszę się, że dała radę iść dalej, choć mogła się aż tak nie zawąchiwać na trawkę...
idziemy?
już jest radość
Przed przywołaniem znów coś ją ugryzło. Samo chodzenie na przeszkodę jest dla psa trudne a gdy dodatkowo za tą przeszkodą był inny pies to już w ogóle skupienie się posypało. Wciąż jednak wykonane było w bardzo ładnym tempie i z dobrą precyzją przy "lądowaniu".
lecem, pędzem
Aport był mistrzowski. Ten kto widział, ten wie, ile miesięcy namęczyłam się, by Arka choć zechciała wziąć koziołek do pyska. Długo przy aporcie wyglądała jak zbity pies, bez jakiejkolwiek energii. Tym razem po namowach od Agi, rozbawiłam ją między ćwiczeniami. Efekt? Powrót w wymarzonym tempie. Psica dodatkowo nie chciała puścić aportu, tak bardzo chciała się nim poszarpać. Musiałam powtórzyć komendę, by do ciasnego móżdżku dotarło. I choć straciłam na tym punkty, dla mnie było to mistrzostwo i największe osiągnięcie, niesamowicie się z tego ucieszyłam, bo zobaczyłam efekty bardzo długiej i intensywnej pracy.
Przeszkoda znów była dla mnie idealna i trochę zdziwiło mnie odjęcie 0,5pkt. Ale to szczegół.
Przy zmianie pozycji widać było już zmęczenie materiału, nie chciało się suczy ruszyć i znów komenda musiała być powtórzona.

Mimo wszystko, uplasowałyśmy się na miejscu 5 na 15 z 88,5/100pkt (ocena doskonała). Niesmak pozostał, choć Aga ciągle powtarzała jak bardzo start był udany. Niby prawda, bo mi dał większy spokój podczas występu a Arce pomógł trochę się otworzyć. Aga tym razem zrezygnowała z oceny i weszła na ring treningowo, dając ukłon innym zawodnikom. Wyniki znów spisałyśmy tuż przed padnięciem do wyrek...
Niedzielny wieczór spędziłyśmy już tylko na dyskusjach na psie i sportowe tematy a także na relaksie przy Hali Stulecia. Nie miałam pojęcia, że spektakle we Wrocławskich Fontannach są tak piękne!
Po zaliczeniu miliarda pogryzień przez komary zaczęłyśmy wracać do hostelu. I tu spotkała mnie niespodzianka. Arka zaczęła wpadać w swój trans a po pewnym czasie obie miałyśmy niezłe problemy, by ją z niego wyprowadzić. Straszne były nie tylko samochody, ale i kosze na śmieci, niby zwykłe odcinki ogrodzenia, cienie... Po raz pierwszy widziałam ją w tak marnym stanie. Nieźle zepsuło mi to nastrój na resztę dnia.
Wyszło, że im bardziej psica się otwiera i wychodzi ze swojego świata, tym więcej rys na jej psychice widać. Ma nerwowe i obsesyjne zachowania jak np. lizanie szelek czy pasów samochodowych, glizdolenie i "ataki" lizania (tak jak przed sobotnim startem) czy właśnie takie akcje.

Poniedziałek znów spędziłyśmy w samochodzie, starając się nie umrzeć z nudy i zmęczenia. Teraz rozumiem jak można przysnąć za kierownicą (sama w pewnym momencie zamyśliłam się głębiej) i jak męcząca jest jazda bez tempomatu (nie ogarniam tej funkcji w moim samochodziku przez co cała prawa noga ścierpła mi niesamowicie). Niby ruch bardzo mały, bo wszyscy w pracach i szkołach, ale też jakieś wariackie tiry się znalazły, przerywając rozmowy o bagienkach w polskim ZK. Do domu dotarłam ostatkiem sił, podziwiając samą siebie. Przed następną tak daleką podróżą trochę się zastanowię, bo nawet te sterty nagród mnie średnio namawiają :)
tyyyyle prezentów przywiozłyśmy! (część od Agi :D)
Musimy jednak startować jak najwięcej, bo takie obycie z ringiem daje zarówno mi jak i Arce większy spokój. A im lepiej będziemy czuć się na ringu, tym lepiej będzie nam wychodzić :) Planowałam na tych zawodach zakończyć karierę w klasie 0, ale teraz zastanawiam się nad jeszcze paroma startami. Być może w tym roku pojawi się jednak moja klasa na zawodach a w styczniu chciałabym w łatwiejszych warunkach zapoznać psa z zawodami w hali. Ale pożyjemy, zobaczymy.

Fajnie mieszkało się z dwoma Borderami, zwłaszcza tak skrajnie różnymi - Mysza stabilna, silna psychicznie a Arka wręcz odwrotnie. Są podobne chyba tylko wzrostem :) Myszka na dodatek wykazywała się swoim uwielbieniem do bycia głaskaną gdy np. o 5 nad ranem postanawiała wskakiwać do mojego łóżka z prośbą o wyrazy uwielbienia. Najlepsze było też synchroniczne leżenie na plecach czy walki o piłkę :) Jakoś mimo sporadycznych powarkiwań i obrony wygranych nagród psice dobrze się dogadywały, zwłaszcza, że Arka to opasły szczur czasami w wersji obediencowej ;) Arka przez swoje trudne do wymówienia nawet dla mnie imię rodowodowe otrzymała ksywkę Risotto, ewentualnie Arka Ryżowa Fantazja :D

Miło było też poznać tyle osób znanych mi z różnych miejsc w internecie czy też z zasłyszenia. Bardzo byłam ciekawa niektórych występów i cieszę się, że widziałam je na żywo. I choć zdarzało się jawne i wielokrotne łamanie regulaminów, to wciąż zawody wspominam bardzo dobrze. Ale to duża zasługa idealnej organizacji i dobrych sponsorów (dobra robota Krzysztofie!).
Taki "światek" psiarzy z zwłaszcza obediencowców jest na prawdę fajny :)

Za zdjęcia dziękujemy Sarze Naporze, Alicji Wasilewskiej i Adze Żabińskiej. Za nagrania dziękujemy Ilonie Sakowskiej.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Z każdym psem się da!

Ostatnio zauważyłam pewną dziwną tendencję. Trochę związaną z modą na słiit bołdełki.
Człowiek myśli sobie o sportach kynologicznych. Nawet nie na wysokim poziomie, ale o czymś ogródkowym, sezonowym, okazyjnym. I w tym momencie uaktywnia mu się w głowie ciąg skojarzeń: na zawodach wygrywają często Bordery -> muszą one być stworzone do sportu -> inne rasy nie są tak dobre -> chcę psa do sportu to tylko BC.

Ale czy to prawda? Czy tylko Border nadaje się do sportu?
Jak dla mnie nie. Jeżeli ktoś myśli o sportowym championacie, to pewnie ta akurat rasa będzie jak najbardziej słusznym wyborem, bo ze względu na predyspozycje, dobry przewodnik tak ukształtuje psa, że uda im się zdobyć ten tytuł. Choć też nie każdy Border nadaje się do sportu - może trafić się ciężka choroba, epilepsja czy dysplazja i nici z dotychczasowej aktywności. Może trafić się psychika tak marna, jak arkowa a mogą jeszcze inne problemy na podłożu psychicznym. I wtedy o wysokim poziomie jakiegokolwiek sportu można zapomnieć, nawet będąc pod skrzydłami najlepszych trenerów w Polsce.
Jest tak dużo ras wręcz stworzonych do sportu, nadających się idealnie pod kątem fizycznym jak i psychicznym. Ale jakaś tendencja już istnieje i inne rasy nie są tak bardzo "promowane".
Jak cudownie w końcu wyglądają Westy, Jack Russele, Szetlandy, Pudle wszelkich rozmiarów podczas biegu po torze, łapania frisbee czy skupienia podczas obi. Zresztą daleko nie szukając, na naszych pierwszych zawodach pokonał mnie Borzoj, czego długo nie zapomnę! :D
Gdy się chce i gdy jest się dobrym przewodnikiem, każdego psa można doprowadzić do najwyższej klasy startowej. Nawet zwykłego kundelka czy inną dwarniaszkę bez rodowodu. Brak dokumentu może i nie pozwala na uzyskanie certyfikatów czy tytułów, ale wciąż daje możliwość zajścia bardzo daleko. Nadal pamiętam jak na seminarium świetnie biegało mi się z Gutkiem, bardziej doświadczonym ode mnie. Niby mix a na podium staje niesamowicie często.

Jest pełno aktywnych ras, mnóstwo psów, które z ogromną przyjemnością wpisaną na pysku wyjdą na parokilometrowy spacer a na dokładkę pobiegają po torze agi czy połapią dekle. Ale wystarczy chcieć rozejrzeć się za inną rasą niż obecnie za popularne Bordery. Nie chcę zniechęcać nikogo do tej konkretnej rasy, bo sama ją pokochałam nawet mając w domu wyjątkowo marny egzemplarz. Warto jednak wyjść poza schemat.


Notki za tydzień prawdopodobnie nie będzie, lub będzie bardzo opóźniona. Drużynę Specjalnej Troski czeka wyprawa życia, koło 350km w jedną stronę, pełną stresów ale pewnie i chwil radości. Jedziemy zmierzyć się z kilkoma zadaniami, strachami i wyobrażeniami. Przydadzą się dobre fluidy i kciuki trzymane już od czwartku :) Oj będzie ciekawie...

niedziela, 19 sierpnia 2012

Pies o bardzo delikatnej paszczęce...

Arka należy do bardzo delikatnych psów. Zarówno pod względem psychicznym, co udowadnia mi nieprzerwanie od prawie 3 lat jak i fizycznym. O ile upadek podczas biegu czy zderzenie z moim kolanem nie robi na niej wrażenia o tyle ma bardzo delikatny chwyt co jest zarówno zaletą jak i ogromną wadą.

Jest to zaletą, bo raz kupione Hero Xtra starcza nam na 2 lata i posłuży jeszcze co najmniej kolejne dwa. Pomijając pojedyncze rysy, zdarty napis (chyba od noszenia w plecaku i mycia po spacerach) i trochę wgnieceń na brzegach, dysk wygląda jak u niektórych po jednym treningu :) Z kolei gdy pożyczyłam dysk "delikatnej w chwycie" innej borderce wrócił do mnie z pięknymi śladami ząbków, prawie jak po zabawie z Draculą. Dog Chowy już się szybciej niszczą, ale wciąż wytrzymują zaskakująco długo.
Co ciekawe, Arka preferuje Herowsy (tak samo jak ja), na dodatek jest kolorowym rasistą, bo zdecydowanie woli różowy dysk :D
Jeżeli chodzi o oszczędność na dyskach, to prawie że Drużyna Specjalnej Troski doszła do perfekcji.
ktoś uwierzy, że ten dysk był używany już z...10 razy?
Największe uszkodzenia na Dog Chowie
Dotychczas wyrzuciłam tylko jednego Hero Xtra. Ten, Świetlik trzyma się najlepiej.
Nie do zdarcia
Najczęściej używany dysk przez ostatnie dwa lata
już więcej szkód sprawiło szarpanie niż zwykła zabawa
ten dysk jest w najgorszym stanie spośród wszystkich
Taka delikatna szczęka ma też swoje wady. O ile aport otrzymałam z nią w zestawie, wraz z wyłącznikiem on/off i nigdy za bardzo nie musiałam się nad nim męczyć, o tyle koziołek był już dla psa rzeczą straszną. Ile ja się namęczyłam, by Arka choć chciała go wziąć do pyska, ile by zechciała go trochę ponieść, potem przynieść w ładnym aporcie formalnym... Oj była to droga przez mękę i wciąż trochę się męczymy.
Długo bardzo słabo trzymała koziołek, ledwo co zaciskała szczęki co było ryzykowne w obliczu zawodów. Na szczęście różne ćwiczenia trochę to umocniły i obecnie nie ma takiej tragedii, choć idealnie nie jest. A wystarczy, by jeden pies naszczekał na nią podczas podejmowania aportu i już wiem, że nic z tego nie będzie...
Pomijając siłę zacisku, psica i tak kocha rozwalanie :) Nie ma nic lepszego dla Bordera niż położenie się na trawce i rozgryzanie, rozrywanie i ogólna destrukcja wszelkiej maści patyczków i gałązek, ewentualnie liści i kupek trawy rzuconych przez kogoś nieopatrznie.
Da się to zjeść?
Wszystko ma swoje zady i walety ( ;) ). Chyba wolałabym już wydawać więcej na rzadko używane dyski niż męczyć się przez pare miesięcy z koziołkiem... Ale niektórzy pewnie się ze mną nie zgodzą uważając frisbee za sport nadrzędny :)

niedziela, 12 sierpnia 2012

Wracamy do gry, choć... z mieszanymi uczuciami.

Potrzebowałam chwili. Na zastanowienie się nad celami, motywacją, przeszłością i przyszłością. Chwila była bardzo krótka, ale warta zużycia ogromnej ilości wody i soli do kąpieli produkującej pianę.
Chyba nigdy do końca nie zrezygnuję z pracy nad Arką, bo nie wyobrażam sobie po prostu zamknięcia jej w domu. Nie po to brałam psa rasy pracującej, nie po to szukałam pomocy po całej Warszawie a nawet Łodzi. Teraz jednak widzę, że nigdy nie osiągnę swoich celów i Małe Zło nie przemieni się całkowicie w potulnego, kochającego wszystkich Borderka. Taka się urodziła, takie feralne geny otrzymała i taka pozostanie.
Zmiany oczywiście się zdarzają. Pisałam już o moim starszym kocie, którego niektórzy członkowie rodziny spisali już na straty, tak marnie z nim było. Z pomocą naszej kochanej pani weterynarz udało się jednak kocicę uratować (nikt do końca nie wie co było kotu ani czemu nagle ozdrowiała, ale tak się stało). Pół-dziki kot, niegdyś niepozwalający nawet dotknąć się, przemykający jedynie od kryjówki w szafie do kuwety i miski, obecnie całym sobą pokazuje wdzięczność. Zaczął tolerować moje podnoszenie do góry, choć na razie tylko sztywne, bez podwijania ogona pod rękę czy coś. Zaczęła spać w moim pokoju, w moim łóżku, wesoło wita nas, częściej miauczy zaczepiająco... Chyba wszyscy jesteśmy w szoku, bo zmiana jest ogromna.
Ale z Arką pewnie tak nie będzie. Bardzo załamał mnie nasz wspólny wyjazd, bo w niesłychanie dosadny i bolesny sposób pokazał jak ŹLE jest.
Długo myślałam nad naszą przyszłością sportową, nad tym czy warto to w ogóle ciągnąć i dalej się kompromitować, nie mówiąc już o przynoszeniu ujmy klubowi. Na ostatnim treningu obi Arka pokazała jak niektóre rzeczy ją przerastają, choćby kwadrat. Nagle ni stąd ni zowąd stwierdziła, że go nie wykona. Nie i już, mimo maksymalnie małej presji, mimo nagród, mimo już bardzo dobrego wstępu do niego. Po prostu siedziała przy nodze, uporczywie wpatrując się w kwadrat, zamknięta, przerażona...
Czasami najzwyczajniej w świecie nie pojmuję jej reakcji. W momencie bez presji zareagowała wypaleniem, za to innego dnia, gdy trochę mocniej ją przycisnęłam, pojawił się ładniejszy wyraz pracy bez widocznych złych efektów. Na wyjeździe zaskoczyła mnie swoją zmianą nastawienia, w ciągu ułamka sekundy z przytulastej glizdy wskoczyła w skórę agresora.

Bardzo walczę nad jej rozluźnieniem, bo czasami nawet bawiąc się frisbee, które jest jednym z najlepszych motywatorów dla niej, jest bardzo spięta. Psuje się wtedy technika skoku i efektywność w łapaniu. Udało mi się nakręcić krótki filmik o naszym rozpaczliwym frisbee. Nie umiemy dużo, bo nie zajmujemy się nim często, ot gdy najdzie mnie ochota trochę porzucać. Będę wdzięczna za konstruktywne porady i nie wyśmiewanie wszystkich potknięć :)

Nie wiem czy istnieje jakiś idealny dla nas sport. Agility okazało się miażdżące dla jej psychiki, frisbee za trudne dla moich nadgarstków i skoczności psa, flyball niedostępny, dogtrekking trudny z powodu bliskości innych zespołów, owce zbyt pewne siebie. Obi jeszcze dajemy radę ćwiczyć we własnym, ślimaczym tempie.
Zastanawiam się, czy jeszcze startować w zawodach. Na razie planuję jeszcze dwa występy w tym roku, z czego najbliższy będzie sprawdzeniem stanu Arki po 2 godzinach podróży. Nawet jak całkowicie nam nie będzie wychodzić, można przerwać start i wyciągnąć z tego wnioski.

Niektórzy pisali w komentarzach o własnych problemach. Przykro mi z tego powodu, ale trudno porównywać genetycznie chorą psychikę z gonieniem aut. Nie da się porównać czyichś problemów ze sobą, bo każdy ma inną skalę i inaczej odbiera rzeczy. Każdy problem jest przykry i trzeba choć próbować go rozwiązać, ale w niektórych przypadkach książki dla świeżoupieczonych właścicieli po prostu się nie sprawdzają. Bo, jak pisała Gato, to nie ta liga.

Kończąc te żałosne wywody, zapraszam do przeczytania i komentowania mojego najnowszego postu na Psim Nosem.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Chamstwo się pleni na potęgę.

Dzisiaj notka trzyczęściowa. Postaram się krótko.

Pierwszą rzeczą jest chamstwo psiarzy. Człowiek idzie sobie do parku ze swoim psychicznym psem w nadziei, że na pobocznym, pustym poletku da radę w spokoju poćwiczyć ze znajomą obi i frisbee. Nawet po części nam się to udało. Gdyby nie jedno małżeństwo, które postanowiło zmarnować mi humor.

Arka bardzo broni naszego plecaka i wiedząc o tym, gdy zauważyłam kundelka zbliżającego się do niej i naszych rzeczy, poprosiłam grzecznie o odwołanie pieska. Wtedy zaczął się piękny pojazd po mojej osobie, usłyszałam jak to jestem apodyktyczna i jak traktuję psa jak dziecko (przepraszam, w którym momencie? gdy ratowałam ich psu życie lub zdrowie zarówno fizyczne jak i psychiczne?). Trochę mi zajęło zanim pozbierałam swoją szczękę. Sprawdza się to, co kiedyś stwierdziłam z byłą trenerką - w parkach najwięcej jest wariatów.

Obecnie coraz mniej jest miejsc do poćwiczenia - na Polach Mokotowskich nieuprzejmi wariaci, na Moczydle agresywni wariaci, jeszcze w parku Bródnowskim nikt mnie nie zaatakował. Czy na prawdę trzeba wiecznie szukać zaczepki z każdym? Taka to ujma po prostu po uprzejmej prośbie odejść jak i tak się szło? Niedowartościowani niektórzy ci ludzie...
Drugą sprawą jest sprostowanie do postu Nasza historia. Sądziłam, że o tym napisałam a zapomniałam dać cały akapit.
Otóż zanim zaczęłam się tak bardzo interesować ISDSami, zaciekawiły mnie linie bardziej wystawowe, chciałam po raz pierwszy w życiu wypróbować też swoich sił w wystawach. Potem mi się odmieniło, bo im więcej się dowiadywałam i widziałam tym mój obraz idealnego Bordera się zmieniał. W każdym razie przed poszukiwaniami hodowli pracującej, miałam zarezerwowane szczenię w hodowli Q'celtic. Już nawet mieliśmy odbierać szczenię, ale pare niejasności, trochę nieporozumień i kłótni (nie między nami i hodowcą) sprawiły, że nie otrzymaliśmy szczenięcia.
Czy dla nas lepiej? Kto wie.
Trzecią i ostatnią sprawą jest mój brak sił. Mam już dosyć, moja anielska cierpliwość się skończyła. Po prostu odechciewa mi się dalszej intensywnej pracy nad Arką, gdy nie widzę najmniejszej poprawy. Sucz już zawsze pozostanie niestabilna psychicznie, już zawsze będzie lękowcem (dzisiaj zsikała się ze strachu, gdy z pralki spadła gazeta) i już zawsze będzie dla mnie ogromną zagadką. Nie jestem w stanie czasami przewidzieć jej zachowania, zbyt szybko się zmienia bez jakichkolwiek sygnałów, nawet CSów. Przy pomocy dwóch świetnych trenerów nie udało się jej ustabilizować. A mi już po prostu się nie chce.

niedziela, 29 lipca 2012

Nieprzystępna ta ziemia suwalska...

W odchodzącym już tygodniu miałyśmy przyjemność "odpoczywać" na Suwalszczyźnie, na (dosłownie) końcu świata, 2 kilometry od Litwy, gdzie o polskim zasięgu (lub jakimkolwiek) i normalnym akcencie można było pomarzyć. Przywitano nas chłodem, agresywnymi psami i szutrowymi drogami, zatrzymano drutem kolczastym i zakazami wstępu a pożegnano upalnymi temperaturami, padniętym psem i torbą ekologicznego, regionalnego jedzenia. Innymi słowy - nie do końca wyjazd się udał, bo nie było to to, o czym myślałam, że będzie, ale jak zawsze głupi ma szczęście i i tak nie wylądowaliśmy tak źle. Ośrodek zasłużył na pare zdań opisu, gdy najdzie mnie wena i chęci, opiszę go na blogu Świat na 6 łap.

Nasza przygoda zaczęła się dobrze, bo dzięki trzem przypominającym kartkom w całym domu udało nam się nie zapomnieć psa :D W zeszłym roku podczas wyjazdu na zjazd szczeniąt o mało co Arkosława nie została w domu.
Tym razem ja posłużyłam jako drugi kierowca, gdyż wzięliśmy mój samochód - małe to, skrętne i o mocnym silniku, za bardzo nie kusi do kradzieży a wymaga dotarcia. Na bezdrożach idealnie samochód się dotarł, obecnie po warszawskich dziurach jeździ się gładko i bezboleśnie a ostre podjazdy pod górkę nie są problemem :)
więcej tam Litwinów niż Polaków



niebo to już czy jeszcze ziemia?

wreszcie mogłam po prostu popatrzeć w niebo
Oprócz zarzynania silnika podczas wjazdu na wysokie pagórki, naszym celem było wyrobienie sobie kondycji i chwila odpoczynku z psem. Trochę przesadziliśmy z obiema sprawami, bo 20km dziennie spacerku po szlakach jednak nadwyrężył nasze siły zamiast je wzmocnić a odpoczywanie nad jeziorami przyprawiło nasze skóry o piękny, czerwono-piekący odcień.

wreszcie wolność!


wariat
stan na początek dnia...
...i na jego koniec
różowy kocyk jest najlepszy
Plusem takich wypraw jest chociażby to, że doszłyśmy z Arką do lepszego porozumienia w kwestii ciągnięcia na smyczy - dzikus niestety miewa czasami obłęd w oczach, zwłaszcza, gdy wyczuje wodę (ktoś mówił, ze to Retrievery najbardziej ją lubią?). Ale po pierwszych 10km chyba coś do ciasnej czaszki dotarło i szło się zdecydowanie raźniej. Razem zdobywałyśmy skromne, pobliskie pagórki (co to jest 300m ostro w górę w piekącym słońcu?), taplałyśmy w krystalicznie czystych jeziorach (W niektórych przejrzystość wynosiła pare ładnych metrów! Widać było jej czystość, bo rosły liczne rośliny, nawet te pod ochroną.), uciekałyśmy przed agresywnymi, czworonożnymi obrońcami gospodarstw, odpoczywałyśmy w pubach i ostatecznie wieczorem leżałyśmy bez sił. Arka dostała pierwszych w swym marnym życiu zakwasów i dla ulżenia sobie chodziła przez dzień czy dwa inochodem - gdy tylko to spostrzegłam, przeraziłam się przepowiadając Arce ciężką dysplazję i dopiero telefoniczna konsultacja z Agą znów postawiła mnie na ziemi.

pies zapadający się w bagno to wcale nie taki dziwny widok
o mamo, ja pływam!
taka "żyjąca" woda bywała gdzie-nie-gdzie
Psica w ośrodku zachowywała się wzorowo, pewne małżeństwo mieszkające wraz z nami przez pare dni nawet nie wiedzieli, że mamy ze sobą psa :) Gdyby nie jej odchyły, byłoby idealnie. Niestety musiałyśmy codziennie użerać się z agresywnym psem gospodarzy (który tylko na wyraźne żądania był zamykany na 5 minut w piwniczce) i dziećmi chcącymi wiecznie głaskać ślicznego pieska (ale po pokazie jej umiejętności natychmiast zainteresowanie zmalało).
takie coś mieliśmy na podwórku
bociany nam spowszedniały, były wszędzie...



Oprócz tych nieprzyjemności, przykre było otoczenie naszego miejsca zamieszkania. Liczyłam na otwarte pola i łąki, swobodny dostęp do jezior, pełne ludzi szlaki turystyczne. Zamiast tego ciągle zderzałam się z pastuchami pod prądem i drutem kolczastym odgradzającymi nawet zwykły ugór czy pole zboża. Zagrodzone było większość jezior, nawet tych najpiękniejszych (czy ktoś pamięta jeszcze o ustawie wodnej??), na pojedynczych były prywatne, oczywiście odgrodzone zejścia i pomosty. Bardzo się na tym zawiodłam, bo zamiast puścić psa i cieszyć się z jej wolności, musiałam pilnie kontrolować ją na smyczy, by nie zrobiła sobie krzywdy nagle skręcając do jakiegoś zapachu. Zawiodłam się też na szlakach, oficjalnych, zaznaczonych nawet na 20-toletniej mapie. Nawet trochę martwiłam się, że napotkamy dziki tłum a tu pustki! Mijaliśmy pojedyncze osoby, dosłownie jedną-dwie dziennie i pare grup rowerzystów. Najczęściej jednak mijały nas samochody, robiące sobie z leśnych ścieżek autostrady, powodując u mnie niezły wzrost ciśnienia i napływ przekleństw na język. Czyżby piesza wędrówka całkowicie już wymarła na rzecz stylu japońskiego, gdzie jeździ się od zabytku do zabytku i robi zdjęcia przy samochodzie? Bardzo mnie to dziwi, bo gdy wyjrzało się już za drut kolczasty, można było nacieszyć oczy pięknymi krajobrazami, których nie widać z okna samochodu.
drut strzeże Cię przed zejściem na złą ścieżkę...
zdobyta góra Cisowa, na której kiedyś prawdopodobnie rósł jakiś cis
wie, jak wykorzystać wdzięk
dobra ta trawka, dobra...
Sami dużo jeździliśmy, głównie po to, by wyrwać się z tego ograniczonego zakazami miejsca do ciekawszych lokalizacji. Dzięki takim wędrówkom odkryliśmy całkowicie dziką i nieznaną "plażę" nad Hańczą, gdzie spędziliśmy pół dnia.
skaczesz?

objaw nędzy i rozpaczy, przetrzymywany w wodzie wbrew woli, zasługujący na interwencję TOZu
Loch Ness z Hańczy
"nie żartuj, że weszłaś do wody beze mnie??"
nawet w cieniu bywało za gorąco

"wyczuwam dobrą lekturę milady"
takie coś i nie tylko żyło w jeziorach
Cieszę się, że udało mi się tak psicę wymęczyć. Miałam nadzieję na jakiś luźniejszy tydzień ale już dzisiaj, dzień po powrocie, Mała Czarna znów przypomniała sobie, że o określonych godzinach może wymagać zabawy. Jednak co Border to Border :)