"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

"Przed nami będzie cały świat, gdzie ty, tam pójdę ja."

wtorek, 27 grudnia 2011

Po sterylce

Kolejna notka nietypowo, bo nie w niedzielę. Ale w niedzielę będzie Sylwester i raczej nie będę pisać :)

Dzisiaj pozbyliśmy się macicy Arki, co oznacza, że nie będzie małych Diabełków. Choć miałam trochę wątpliwości, choć pokłóciłam się znowu z ojcem, sądzę, że warto było nie tylko dla własnej wygody, ale i dla zdrowia psa. Pomijając, że raczej po tej suce szczeniaków bym nie chciała.

Tym razem twarda bestia szybciej poddała się lekom, krócej walczyła niż poprzednio. Niestety wyszła zła reakcja na środek do narkozy (wystąpiły drgawki), przez co następnym razem trzeba będzie koniecznie skorzystać z innego. Jednak złego licho nie bierze, dzięki naszej kochanej pani doktor Arka jest może nie cała, ale na pewno zdrowa.

Małe Zło oczywiście musiało pokazać, jak wyjątkowe jest - po obróceniu na bok natychmiast obudziła się i obróciła na mostek. Potem czekając na nas sama wyciągnęła sobie wenflon - w całości, bez rozrywania ranki... Na nasz widok ogonek już poszedł w ruch, sama do mnie przydreptała w stanie mocno jeszcze otumanionym. Co ciekawe, wylizała też wetkę od stóp do głów - widać, że jeszcze pod wpływem była :) Cieszę się, że na takiego lekarza trafiłam, bo ma świetny stosunek do psa i jest niesamowicie miłą osobą. Dostałyśmy nawet darmowy, gustowny, czerwony kubraczek, coby mi pies swoim srebrnym brzuchem nie zabrudził samochodu. Jazda z takim psem to przygoda, dobrze, że znałam drogę idealnie...


Obecnie pies już czuje się przyzwoicie, nawet raz sama weszła i zeszła po schodach, choć nie chciałam, by to robiła dzisiaj. Trudno jest jej się ułożyć, ciągle jej niewygodnie, przez co większość czasu stoi i patrzy się na mnie tymi oczami...
Na razie mamy 10 dni chodzenia na samej smyczy. Mam nadzieję, ze szybko poczuje się lepiej i znów będzie mogła szaleć :)

Wszystkim myślących nad sterylizacją/kastracją pupila - polecam. Pies nie cierpi tak bardzo jak podczas porodu, polepsza się jego zdrowie, zmniejsza się populacja przypadkowych szczeniąt. Na prawdę, zalet tego zabiegu jest bardzo dużo.

czwartek, 22 grudnia 2011

Wesołych Świąt!

 Choć święta już niedługo, wcale nie próżnujemy - ćwiczymy intensywnie obi, na ile tylko sił i motywacji w rozsądnych dawkach wystarczy. Przez moje choróbsko ominęło mnie pare bardzo ciekawych wydarzeń jak i świetnych okazji do prac nad arkową psychika. Trzeba będzie to nadrobić następnym razem :)
Wygrzebane zdjęcie Asi
Szykujemy się na najazd Strasznych Ciotek, a także na zmierzenie się z Sylwestrem. Oj będzie się działo :)

Wszystkim odwiedzającym i czytającym naszego bloga życzę wraz z Małym Złem spokojnych, rodzinnych świąt, wystarczająco dużej ilości czasu na odpoczynek i zabawę z psiakami, samych sukcesów osobistych i sportowych, a także osiągnięcia wymarzonych celów.
Mam nadzieję, że spotkamy się w przyszłym roku.

Świąt nie będzie! :)

niedziela, 18 grudnia 2011

O głupocie ludzkiej

Całkowicie się rozłożyłam, dopadło mnie choróbsko powodujące gorączkę przez pare dni, omamy i ogólny stan "Dajcie mi wszyscy święty spokój". Na dodatek antybiotyk działa tym razem silniej na mój mózg niż bakterie. Skutkuje to skróconymi spacerami z Małym Złem i większą ilością zabawy w domu. Pies niezbyt szczęśliwy, ale rozumie powagę sytuacji i zajmuje pół łóżka grzejąc odpowiednio pańcię i przeciągając się z westchnięciem. Ponieważ mam zdecydowanie więcej czasu na myślenie, a nauka w tym stanie całkowicie mi nie wychodzi, to też myślałam. A sytuacja obecna i widoczna w Internecie sprawiła, że musiałam napisać notkę w takim, a nie innym stylu. Bardzo długo zastanawiałam się, czy poruszyć ten temat, ale jednak chyba czas na to.

Pierwszą głupotą ludzką jest niewychowanie swojego psa. Z całym szacunkiem do wszystkich właścicieli, ale odwołanie i powrót do właściciela jest podstawową komendą, każdego psa da się jej nauczyć. A gdy pies jest nachalny do innego psa, to trzeba go koniecznie zabrać. I nie puszczać ponownie przy napastowanym psie.

Drugą głupotą ludzką jest wyprowadzanie psa w mieście i nie sprzątanie po nim. Rozumiem, że pieski są słodkie, nikt przy zakupie nie myśli o związanym z nim załatwianiem się, ale ludzi litości! Nawet mały Yorczek też coś po sobie zostawi. Jak wstyd Ci schylić się i zebrać co-nieco do woreczka, to wstydź się jakim właścicielem jesteś.

Trzecią i ostatnią głupotą, jaką poruszę dzisiaj jest podążanie za modą w kwestii kupowania psa. Mówię tu konkretnie o modzie na Border Collie, która pięknie rozwija się powodując u mnie niewypowiedziany smutek i żal. Z powodu mojej specjalizacji, znam mechanizmy rynkowe, wiem jak to działa. Wcale też nie podoba mi się obecna sytuacja.
Wystarczy spojrzeć ile miotów było w tym roku. Część rzeczywiście wartościowa, ulepszała w jakimś stopniu rasę. Ale część była po prostu bez sensu, dla pieniędzy lub ślicznych maluszków.
Niczyjej wizji i planów hodowlanych nie oceniam, bo dopóki człowiek w coś wierzy i do czegoś dąży, wiadomo, ze będzie starał się to osiągnąć. Nie komentuję nawet hodowli wystawowych, bo choć sama może nie wzięłabym "plastika", to szanuję ich dążenie do celu. Nienawidzę jednak ludzi rozmnażających psy bez pomysłu.

Swoją drogą coraz częściej widzę, ze szczenięta ze świetnych hodowli, bo idealnych rodzicach, posiadające wymarzone charaktery trafiają z powrotem do hodowli, w stanie wystraszenia i zamknięcia w sobie. Czemu? Bo łatwowierne nastolatki nie poradziły sobie ze słodkim pieseczkiem. Nie uważam jednak, ze każda nastolatka jest złym właścicielem Bordera, o nie. Ale tu trzeba mieć wiedzę, wyczucie, a przede wszystkim pokorę, by słuchać bardziej doświadczonych i w razie potrzeby szukać pomocy. Niestety niektórym brakuje tego już na starcie, już podczas wybierania rasy przyszłego psa i choć widać, ze ich wiedza nie pozwala im dobrze wychować nawet rybki, dalej prą uparcie i starają się przekonać całe społeczeństwo, że im się uda, oni będą super właścicielami ślicznego BC.
Co raz częściej na serwisach internetowych widzę pytania dotyczące BC, ale ludzie nie pytają o wady rasy, nie chcę dowiedzieć się czegoś szczegółowego, prędzej zapytają o najładniejszy kolorek szaty lub czy wielkość ich ogródka jest wystarczająca dla tych psów. Czyli po prostu nie myślą.
Panuje też przekonanie, że tylko bc są dobre w sporcie, tylko one będą wykonywać widowiskowe akrobacje do frisbee, będą najlepsze w agility, a nikt nie równa się z nimi w obedience. Od urodzenia znają 1000 sztuczek, są wpatrzone we właściciela jak w obrazek, są milutkimi pieskami zawsze wesołymi i gotowymi do akcji.
 Sądzę, że bardzo dużo wzięło się z reklam, zawodów i zdjęć pokazujących wspaniałe pieski. To tylko ułamek procenta życia psa, wszystko wyreżyserowane, ale na niezbyt rozumny tłum to działa:


A prawda jest często inna, Border również może być agresywny, lękliwy z natury, może mieć słabą motywację, problemy z psychiką, brak chęci do pracy, może zachorować i nie móc biegać... Te psy tak samo jak inne trzeba wychowywać, z tą różnicą, że tu odpowiednie wychowanie może być trudniejsze do osiągnięcia niż u innych ras. Wszystkie cechy dobrego sportowca są dostępne na wyciągnięcie reki u wielu ras, zdecydowanie łatwiejszych. Zawody wygrywają też Terriery, Retrievery i inne owczarki. Dlatego kupując Bordera trzeba pokochać je całościowo, a nie uparcie wierzyć, że tylko z nimi uda się coś osiągnąć w sportach.

Wystarczy spojrzeć na występ tej pary:



I pomyśleć, co się zrobi, jeżeli trafi nam się Border taki jak ten...Nie różniący się zbytnio od molosa.


Zasmucające, co będzie z tą rasa w przyszłości, jeżeli ten trend się utrzyma. Zapewne jeszcze więcej psów wyląduje w schroniskach, jeszcze więcej psów będzie lękliwych, agresywnych i zamkniętych w sobie.
Nie będę powtarzać tego, co Paula idealnie napisała u siebie. Polecam poczytać. To dobry drogowskaz dla wszystkich chcących kupić tego angielskiego burka.
A dla chcących słiit piecha polecam pluszaka. Widziałam już pluszową wersję Bordera, idealne pod choinkę.

Filmiki umieszczone w tej notce nie są moją własnością, nie roszczę do nich prawa.

niedziela, 11 grudnia 2011

Potworze czarnołapy!

Małe Zło otrzymało nową ksywkę (straciłam rachubę która to już...) z powodu pięknego odcienia czerni obecnej na jej łapach po paru wypadach na długie spacery i treningi po obfitych deszczach. Aż miło popatrzeć potem na te góry piachu i ziemi pozostawione gdzie nie-gdzie na podłodze. Dla co bardziej pedantycznych ludzie nie będę umieszczać zdjęć ze stanu prosto z dworu.
Łapka
Niezależnie jak bardzo ja zabijam się w błocie biegnąc z psem po torze i tak mała stara się dać z siebie wszystko. Coraz lepiej nam się współpracuje i pomijając pewne incydenty (tak, w tym tygodniu Arka również pokazała na co ją stać...), dobrze zachowuje się na torze.
Niestety agility dla większości psów jest bardzo pobudzające. Może dzięki temu otworzyć bardziej nieśmiałe zwierzaki, pomóc im nawiązać dobre stosunki z przewodnikiem, ale czasami wzmacnia tylko złe zachowania i nawyki. Każde przykre wydarzenie na torze bardzo mnie dołuje, wiem, że wina leży też po mojej winie. I nie mówię tu o błędach podczas biegu sekwencji.
Mam wiele wątpliwości, czy ciągnąć agi, czy nie biegać dla biegania, a zrezygnować z udziału w zawodach... Kłębią mi się te myśli po głowie i nie mogę ich jakoś ułożyć.

Żeś mnie wymęczyła...
Widzę i jest mi mówione (głównie przez Asię i Agę :) ) jak ogromne postępy zrobiła Arka. Przez te dwa lata na prawdę dużo wypracowałyśmy, teraz też w ciągu miesiąca zmiana jest znaczna. Pies zaczyna myśleć, widzi gdzie są granice, wie gdzie może się zwrócić, jeżeli czuje się niepewnie. Zdarzają się jeszcze kłapnięcia zębami, ale znikają, staram się jak mogę im zapobiegać. Dzisiejsze spotkanie z Myszą pokazało jak bardzo Małe Zło potrzebuje jako kompana psa o bardzo silnym i dominującym charakterze, by mieć spokój i po prostu podporządkować się. Nie wygląda wtedy na stłamszoną, jest najszczęśliwszym psem na świecie, z ogonem jak chorągiewka i roześmianym pyskiem. Moja pewność siebie nie jest jeszcze dla niej wystarczająca.
W grupie psów nie wygląda już na tak szczęśliwą, ale również jest w stanie wytrzymać.
Tu mała dygresja na temat ras spotkanych na dzisiejszym spacerze - miałyśmy przyjemność poznać OGROMNEGO Labradora, tak dużego, że aż musiałam upewnić się u właściciela co do rasy. Na szczęście jego flegmatyczność bardzo nam pomogła, choć nadal zastanawiam się, jak można wyhodować coś tak dużego? Drugi labek był już niej fajny, strasznie dominujący samiec, całkowicie nie wychowany, lecący na oślep gdzie chciał, po kim chciał, po prostu tragedia. A właścicielka dopiero na skargi postanawiała złapać go za obroże i odciągnąć, by za chwilę znowu puścić. Ludzie, myślcie trochę!
Zabawne było, gdy na widok 4-5 Border Collie pewna para zapytała co to za rasa. Na naszą odpowiedź zaczęli podziwiać piękne oczy dwóch psów z naszej małej grupki, porównując je do uroczych huskowych. Na mój komentarz, że raczej powinny mieć brązowe, zgodnie ze wzorcem, odpowiedzieli, że przecież każdego psa trzeba kochać O.o  Czyżbym poznała nowego pseudohodowcę szukającego słiitaśnego pieska z niebieskimi oczami, na którym da się zarobić?

A co z obi? Obi się robi, dalej dziergam z Małą co tam się da. Mamy super fajny koziołek, plastikowy, widoczny, ze sznureczkiem, och i ach! Trzeba jeszcze tylko dorobić dziurki po bokach i przepleść sznureczki.
Nasz zajefajny koziołek

Mogę już go wziąć, mogę, mogę?
Niestety zdjęć z treningów na razie nie będzie, bo trochę nie ma co focić.
Podczas ćwiczenia w domu wychodzi na wierzch błąd jaki popełniłam - rzadko używałam klikera, zdając się na inne metody. Teraz za to mam nierozklikanego psa, któremu trudniej myśli się nad nową komendą/sztuczką. Ubolewam nad tym i choć zawsze wierzyłam, że kliker nie jest tak niezbędny, teraz zmieniam zdanie.

Border to inteligentne stworzonko, dlatego mam nadzieję, że uda nam się szybko zniwelować wszystkie problemy. Uczy się też szybko codziennych spraw. Na przykład tego, że ludzie mają specyficzne zwyczaje i konkretne zachowania oznaczają wyjście na spacer/trening/do ogródka a konkretne oznaczają zostanie w domu. Ciekawiej, gdy powiedziałam do psa "Nie idź daleko, zaraz dam ci kostkę" a pies już był przy lodówce, patrząc na jej górę, gdzie była miska z rzeczonymi kostkami. Za inteligentny ten piecho :)
Tylko wróć szybko...

niedziela, 4 grudnia 2011

Zmęczenie materiału

Jedną z najgorszych rzeczy podczas jakiegokolwiek szkolenia jest przedobrzenie i za długie wymaganie koncentracji na psie. Przestaje on już po prostu ze zmęczenia myśleć lub zaczyna kombinować, zadania wychodzą źle i ogólnie widać, że dużo tego dnia już się z psem nie zrobi. Jest to tym bardziej niebezpieczne, jeżeli ma się Małego Psycholka z napędem na 4 łapy z przyśpieszeniem szybszym niż myśl.
Raz, podczas wakacji zdarzyło mi się tak wymęczyć psa na 2 treningach pod rząd + ciepaniu deklem, że mozg w pewnym momencie zrobił reset (pisałam o tym w którejś notce). To dało mi prztyczka w nosy, by bardziej dobierać długość sekwencji, trudność wymagań i ilość powtórzeń do stopnia zmęczenia materiału.W tym przypadku psa.
Podczas spotkania obediencowego pies zachowywał się dobrze względem innych przedstawicieli gatunku, był ogarnięty i posłuszny. Ale wystarczyło trochę ćwiczeń, trochę piłeczkowania, trochę zabawy z Ri, by baterie w mózgu zaczynały się wyczerpywać. Tak też reakcja na trzy nowo-przybyłe do grupy psy już była bardziej niezadowalająca.

Podczas treningów w tym tygodniu zauważyłam, że pies musi jeszcze nauczyć się pokonywać długie sekwencje przeszkód, po pare razy z powodu (głównie moich...) pomyłek. Nie jest to łatwe, a pracować i skupiać się trzeba, bo pańcia każe... Jednak gdy podczas drugiego dnia biegania, w trakcie jednego z ostatnich ćwiczeń Arka postanawia odmówić przeskoczenia paru hopek bez powodu, widać, że już spóźniłam się z przerwaniem ćwiczeń. Tak długo już jesteśmy ze sobą, a nie zawsze widzę tą magiczną linię, za którą nie można psa popychać.

Na szczęście, piecho robi się coraz bardziej zajebisty, ja tylko muszę go w tym procesie dogonić. Moim największym błędem, do którego oficjalnie się przyznaję jest za późne pokazywanie następnej przeszkody, znajdowanie się w złym miejscu lub brak kontaktu z psem. Ale pracuję nad sobą. Udało nam się nawet ćwiczenie, podczas którego na chama trzeba było ominąć dwa razy wejście do tunelu (co zakrawało o dręczenie zwierząt...). Wszystko to pokazuje, jak ważny jest kontakt z psem, jak często trzeba jej pokazywać co dalej, chwalić w locie, wołać w newralgicznych momentach. Chyba jednak z najważniejszych dla nas rzeczy podczas treningów agility.

Jeżeli chodzi o obi... Pies również wykazuje się pewną dozą zajebistości. Mamy zadane pełno pracy domowej, od kupienia plastikowego koziołka (którego oczywiście nie posiada żaden znany mi zoologik - znowu internet jest ostatnią deską ratunku), nauczenia targetu łapą (bo przy targetowaniu nosem pies wygląda jak zbity, zwłaszcza Border), innego sposobu równania (ruszamy tyłeczkiem, a co!) i wstawania z siadu. Przynajmniej nie jest nudno :)
Trenowanie obedience daje mi niesamowitego, pozytywnego kopa energii. A jak podczas spotkania Arka mogła przy okazji pobawić się z Sigmą, to tylko lepiej dla jej psychiki. Co najciekawsze, po 5 minutach były jak siostry, po prostu bratnie dusze, ganiające się, wąchające pysk w pysk i sikające w jedno miejsce. Nawet stojąc na dwóch innych przystankach podczas drogi powrotnej próbowały wyczuć swój zapach :)
Porównanie ich  jednak dało mi do zrozumienia jak na prawdę Arka jest mała. Żyjąc z nią na co dzień nie widzi się tego tak bardzo, na treningach też psy nie stoją w szeregu. Jednak ponieważ Małe Zło jest tak małe, że aż mniejsze od Sigmy, zaczęłam się na serio zastanawiać, czy nie wyląduje w klasie M. Pozostaje znaleźć dobrego sędziego do oficjalnego pomiaru.

A co do tramwajów - jeżdżenie nimi w godzinach południowych jest męczarnią. Gdy wracałam z psem w stanie "daj mi już spokój do końca dnia" musiała się oczywiście przyczepić staruszka uwielbiająca i znająca się na wszelkich słodziutkich pieseczkach, a także wycieczka z podstawówki piszcząca przez 10min jak to ładny piesek wsiadł do tramwaju. Ratujcie mnie, bo nie wytrzymam. Jeszcze tylko wysokie ceny benzyny powstrzymują mnie od tak częstego jeżdżenia samochodem. Chyba, że jednak przemogę się i będę na wszystkie treningi wozić się luksusowo...

niedziela, 27 listopada 2011

Wpływ stresu na życie psa

Przeważnie po człowieku widać, gdy bardzo się stresuje. Sama postawa, wygląd skóry i włosów, ticki nerwowe, mowa ciała... Z relacji i opowieści danego człowieka również można wiele wywnioskować.
U psa nie jest to takie oczywiste. Choć istnieją różne objawy, psy czasami mogą ukrywać swój stan, tak samo jak odczuwanie bólu. Do refleksji nad tym skłoniły mnie dwie rzeczy. Pierwszą jest ciekawy artykuł o stresie u psów: http://dogoterapia.blogspot.com/2009/05/stres-u-psow.html . Drugą jest fakt, że Arka w wieku dwóch lat posiwiała na pysku. U żadnego mojego wcześniejszego psa coś takiego nie wystąpiło tak wcześnie.



Zdjęcia nie najlepsze, ale choć trochę widać. Oprócz siwych okolic warg są też siwe przesiania na policzkach, coś ala biały delikatny brindle. Po prostu bosko.

Od kiedy Arka jest u nas staram się jak najbardziej załagodzić jej stres. Jak widać, nie przynosi to aż tak dużych efektów, jak sądziłam. Bardzo mi przykro, że musi tak bardzo męczyć się, a ja nie jestem w stanie pomóc jej należycie.

Choć nie mogę dużo ,staramy się z Agnieszką jak najwięcej działać. Tak też dzisiaj odbyło się spotkanie klubowiczów, podczas którego mogłyśmy pokazać co już umiemy w kwestii Obi. Dzięki Asi i Monice mamy przepiękne zdjęcia, a także materiały do filmiku. Jak w każdym moim dziele, polecam wersję HD.


Bardzo podoba mi się nasza współpraca. Choć wiele rzeczy jest jeszcze do zmienienia i wyuczenia, Arki motywacja i radość z ćwiczeń spokojnie mi wystarczą :) Zajęcia z Agnieszką są świetne, w dobrej atmosferze i profesjonalizmie. Oby tak dalej!
Kurcze. Zapomnieli o nie!

Socjalizacja

Za to ją kocham, nad tym pracowałam miesiącami!


Wyglądaj jak pokraka, ale pracuj dobrze

Z uśmiechem przez życie





No daj tego smaczka, no daj...
Jestem bardzo zadowolona z jej zachowania podczas spotkania. Chyba wreszcie zakolegowała się ostatecznie z Rico (kto by go nie lubił?) i ganiali razem podczas przerw. Po prostu raj.
Niestety później dołączyły do nas trzy inne psy, którym Małe Zło musiało pokazać już swoją złośliwość. Mój błąd w tym, że nie odeszłam w odpowiednim momencie - uczę się na błędach, szkoda, że pies przez to cierpi.

Już nie mogę doczekać się kolejnego spotkania obediencowego, chyba zaraziłam się fanatyzmem do tego sportu. Wcześniej była to tylko ciekawość połączona z uwielbieniem dziergania drobnych szczegółów :)

Swoją drogą wracając do siwienia... W piątek miałam przyjemność w 3 studenta obejrzeć horror. W jego trakcie baliśmy się zejść do piwnicy po sok, aż trzeba było wziąć naszego domowego brytana. Tej nocy cieszyłam się, że mam takiego obrońcę. Następnego dnia jednak pokazano mi zdjęcia Bordera z przedziwną głową, z dziwnym ustawieniem oczu (jak się potem okazało pies ten wygrał pare wystaw). Tej nocy bałam się wciąż powracającego przed moje oczy spojrzenia tamtego psa... Chyba osiwieję równie mocno jak Arka...

niedziela, 20 listopada 2011

Za kratami

Z racji mojej obecnej sytuacji, 2-3 razy w tygodniu przebywam w budynku na przeciwko stołecznego więzienia. W inne dni jedynie przebywam obok. Zazwyczaj żartowaliśmy sobie ze znajomymi, że to tylko takie przedszkole, że prawdziwe więzienia to są w Rosji, gdzie bez HIV lub gruźlicy nie wyjdziesz. O ile przeżyjesz.
Miny nam jednak zrzedły, gdy w godzinach porannych, wśród ogólnej ciszy, nagle rozległy się rytmiczne, niesamowicie głośne odgłosy, które od razu skojarzyły nam się ze strzałami. Nie wspominając późniejszych syren policji jadących w to miejsce.

Jaki to ma jednak wkład do naszej historii? Otóż przez zbyt długie rozmyślania, czasem człowiek dochodzi do dziwnych wniosków.
Na przykład, jak pies postrzega zamknięcie za kratami? Widać, że jak człowiek dąży do wolności, sam rzadko kiedy zostanie sam w niewoli. Jednak trzeba przyznać, że klatki transportowe (służące nie tylko w transporcie) są niesamowicie przydatne. Arka wie już, że w klatce się odpoczywa, tam jest jej schronienie, schowek dla wszystkich skarbów, kawałek domu na wyjazdach. Na treningach przydaje się to miejsce dla ochłonięcia psa. Wczoraj nawet w niej zasnęła :)
Uwaga zabójca
Widząc jak dobrze czuje się w takich miejscach, zamknięta, nie rozumiem ludzi będących przeciwko klatkom (jak i obrożom półzaciskowym...). Wiadomo, zamknięcie tam psa na 9 godzin na pewno jest okrutne. Jednak nie jest to to samo, co zamknięcie w boksie na dworze - choć i takie sytuacje rozumiem i wiem, że dla wielu osób z większą ilością psów jest to potrzebne. Niemniej, klatki uczą psa kontroli nad emocjami, u szczeniąt pomagają w nauce załatwiania się na dworze i chronią dom przed zębami "bestii" :) Kto nie miał klatki, nie wie też jak wiele rzeczy na niej się mieści. Kolejny praktyczny mebel. Dlatego wciąż polecam klatki.

Koniec przemyśleń. Teraz fakty :) .
Potwierdza się to, co zauważyłam już jakieś czas temu - na Arkę niesamowicie mocno działa nagradzanie głosem. Nagródki nagródkami, zabawki też są fajne, ale to po wesołej pochwale pies "rośnie", ma ochotę na kolejne zadania, nie widać po nim śladu rezygnacji lub zniecierpliwienia z powodu niepowodzenia.
Najwspanialsze, co może być, to machający się ogon u psa kiedyś wystraszonego na treningach, skupienie na uśmiechniętej mordce u futerka, które wcześniej miało kłopoty z obiema rzeczami. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że zwykłe czekanie na zwolnienie przed startem może wzbudzić u niej tyle dobrych emocji, do tego dążyłam i o tym marzyłam. Jak powiedziała Monika "ona po prostu umie być urocza jak chce" :)
Mam nadzieję, że tak pozostanie, że będzie jeszcze lepiej.

Z bardzo marginalnych spraw - dziękuję Arce codziennie za bycie super-cichym psem. Bardzo rzadko szczeka, zazwyczaj gdy ma ku temu powody. Pewnie niektórzy wyobrażają sobie jak przydatne to jest, gdy wraca się nad ranem w sobotę lub niedzielę z błagalną myślą o szklance wody :D

niedziela, 13 listopada 2011

Zmiany. Czy na lepsze?

Trochę zmian. Ale nie dużo. Trochę chaotycznie i nieskładnie, ale gorąca głowa ledwo co wróciła z zimnego dworu, co owocuje marnymi pomysłami.
Najważniejsza, to taka, że jestem w stanie głębokiego obrażenia i pokłócenia z moim kochanym tatusiem. Czemu? Powód był pod koniec zeszłej notki. Zaowocowało to izolacją mnie i Arki od całej rodziny, uczę teraz psa zostawania samej w klatce na czas moich nieobecności - wcześniej nie było nam to potrzebne. Idzie marnie, ale mam nadzieję, ze uda mi się przekonać ją, że tak jest lepiej. Już nie chcę od ojca żadnej pomocy w prowadzeniu psa. Co ciekawe, nagle obruszył się, czemu to nie daję im psa na spacer do lasu...


niosek

Nadal bawimy się jak dawniej, choć sądzę, że odczuła atmosferę w domu... Nie wiem, czy na pocieszenie czy przez przypadek,przyniosła mi kwiatek, który koniecznie musiała zaaportować, więc musiał i być rzucony. Już trawa i liście nie wystarczą, teraz kwiatkami się bawić będziemy...

Kwiatek, jaki przyniosła mi Arosława w pysku jako aport.


Z innych nowości - wreszcie zmieniłam klub obi. Czy na lepszy? Z na pewno lepszą atmosferą i z większą profesjonalnością. Dodatkowo już od dzisiaj zaczęłyśmy intensywnie działać nad psychiką Arosławy, mamy plan, którego będziemy się trzymać. Niestety z naszej długiej rozmowy wynikło, że przypadłości psiaka prawdopodobnie są genetyczne, a co za tym idzie trudniej będzie je zmienić. Są jednak ogromne nadzieje, bo pies jeszcze młody, ma dużo dobrych cech, chętnie przestawia się na pracę. Trochę też już z nią wypracowałam.

Zastanawia mnie tylko, czy wyłącznie Arka odziedziczyła takie "fajne" geny, czy reszta miotu również ma problemy. Jedyny brat Małej Czarnej już dorobił się potomstwa, dwie  spośród jej sióstr również poszły do hodowli.

Tak to już jest, że u Borderów to ze świecą szukać psów o dobrym, stabilnym charakterze, dodatkowo niezniszczonych przez właścicieli. Przykre, ale prawdziwe. Patrząc też teraz na ilość miotów urodzonych tylko w tym roku, sądzę, ze odsetek psów tylko o ładnym umaszczeniu, ale z pustką lub jajecznicą w głowie zdecydowanie wzrósł i wzrośnie. Gdyby chciało się kupić dobrego psa do sportów na wyższym poziomie (nie jakieś podwórkowe agility złożone z kija do szczotki i kartonu, ale poziom trójek), trzeba by się albo porządnie najeździć, albo namęczyć szukając.
Szanuję ludzi, którzy pasjonują się wystawami, dążą do perfekcji, ale zachowują przy tym zdrowy rozsądek, patrząc także na charakter psów. Jak na razie znalazłam tylko jedną suczkę posiadającą tytuł Interchampiona, która podoba mi się wizualnie i charakterologicznie - ma też championat agility i inne osiągnięcia sportowe. Jednak takie rzeczy tylko w Czechach.

Z Arką musimy trochę się wyciszyć,  balansować na granicy strachu, by iść dalej, ale nie wpadać w panikę. Zamiast strachu i ataku, ma być praca, zamiast niepewności, oparcie we mnie. Z dzisiejszych ćwiczeń wychodzi, że to, co dotychczas robiłam w dużej mierze było jak najbardziej prawidłowe, pare drobnych spraw trzeba będzie zmienić. Teraz poznałam szczegóły działania niektórych systemów. Widzę, że z wiedzą naszej nowej trenerki daleko zajdziemy, mam nadzieję, że będzie w stanie pomóc nam wykonać cały plan ułożony dzisiaj. Padł nawet pomysł, że stabilnie psychiczny nowy pies w domu mógłby bardzo jej pomóc. Ale to na razie odpada z powodu rodzinnej kłótni i innych moich niepewności.

Zmienić charakter można do pewnego stopnia, nawet człowiek zmieniając się, nadal w głębi siebie pozostaje sobą. Wiem, że Arka nigdy nie będzie całkowicie inna, nigdy nie będzie mieć psychiki ze stali, co nie zmienia faktu, że kocham ją niesłychanie, jest moim małym skarbem. Pomijając to, co słyszę na co dzień od bliskich, oskarżenia o to, że obecny pies mi się znudził i nic z nim nie robię (nawet do tego dochodzi...), nadal mam pełno zapału, by z nią ćwiczyć. Nawet jak z nią się do końca nie uda, będę miała ogromny bagaż doświadczeń dla przyszłego psiaka.

Post zmieniony 14.11.2011 o 11:50

niedziela, 6 listopada 2011

Jest dobrze. Na plus.

Mogę z czystym sercem powiedzieć, że zachowanie Arki i cała jej psychika podoba mi się coraz bardziej. Od dwóch lat, z lepszymi i gorszymi skutkami, staram się, by była idealnym psem. Jak pokazują ostatnie dni, jesteśmy bliżej niż dalej mojego celu.
W poniedziałek spotkałyśmy się z super-psem Rico. Podczas całego spaceru nie mogę marudzić na mojego bordera, bo pomijając incydent z pewną nienormalną rodzinką zachowywała się na prawdę wzorowo (jak na siebie ;) ). Dzięki Asi mamy wspaniałe zdjęcia, za które dziękujemy!

Zjem cię, zjem cię, obedrę ze skóry!



Pies z syndromem za dużego skupienia w złych momentach...



Idealny wykrok!



Uwielbiamy szarpaki!


Ćwiczymy psychikę
Nie sądziłam, że Arka tak chętnie będzie wykonywać moje polecenie w momencie, który był dla niej nie najłatwiejszy. Kazałam jej wejść na drzewo, pokazałam drogę. Co pies na to? Uszy po sobie, ale dajesz, spróbujemy! Mój mały dzielny stworek.

Szarpaczek polarowy otrzymałyśmy od klubowej Moniki, za co bardzo dziękujemy! Rzecz wspaniała, pies od razu wiedział do czego toto służy, jak złapać, jak pociągnąć i jak przynieść :)

Dzisiaj zakończyłam kursy, dzięki czemu resztę weekendów będę miała względnie wolną. Co to oznacza? Więcej treningów! Cierpię nie mogąc na jakiś pójść, zwłaszcza, że chciałabym w końcu, w przyszłym sezonie pojawić się na zawodach. A jakieś szanse trzeba mieć :)
Ponieważ nie byłam na treningach, dziergałam sobie co nieco w domu, w tym tygodniu wyjątkowo zajęłam się obieganiem słupka. A ponieważ jedno zadanie to za mało i nudno, trzeba było coś jeszcze wymyślić. Tak oto powstał zakręcony filmik :)


Całkowicie zapomniałam dodać jeszcze obiegania naokoło mnie -.-

Wiem, że jestem ambitna, wiem, że mam różne wymagania, ale dążę do perfekcji. Stawianie rozsądnych wyzwań to jedno, ale gdy czegoś żądam od Arki, ma być to wykonane. Tak samo od siebie wymagam, nie poddaję się, tylko pracuję dalej. Na filmiku widać to po części, że Arka ma dobrą motywację - przy powtarzaniu ćwiczenia nie peszy się ani nie denerwuje, nie zaczyna szczekać ani kręcić się. To w niej uwielbiam, tą wolę wykonania zadania do końca, aż ja będę zadowolona. Czasami, gdy już będzie bardzo poddenerwowana niepowodzeniem, co najwyżej wzdechnie, pokarze zniecierpliwienie, ale będzie ćwiczyć dalej. Co dziwne nie każdy Border taki jest - z relacji właścicieli i moich własnych obserwacji wiem, że niektóre rezygnują zdecydowanie wcześniej, brak im motywacji i bardzo szybko zaczynają się drzeć.

Z innych ćwiczeń, zajęłam się nauką stawania w biegu? Po co takie coś? Otóż na spacerze na Polach zdarza się, że pies biegnąc do mnie przecina drogę rowerzyście. Odrobinę niebezpieczne. Na razie w domu Arka już załapuje zasady nowej sztuczki, chcę wyuczyć tego zachowania aż do pamięci mięśniowej.

Co raz więcej razy słyszę, że mój pies jest super-hiper-ekstra. Czemu dla mnie wciąż tak nie jest do końca? Może dlatego, że członek mojej własnej rodziny ostatnio powiedział mi, że jest w stanie skopać Arkę, tak bardzo jej nienawidzi, tak bardzo dała mu w kość? Nie znam lepszego sposobu na zranienie mnie po tym wszystkim, co z nią robię, by było lepiej... :(

niedziela, 30 października 2011

"...Teraz śnię, po prostu śnię..."

 Często miewam psychodeliczne sny. Można się do nich przyzwyczaić, choć czasami są na prawdę dziwne... Chociażby dzisiejszy, kiedy to śniła mi się zabawa w deszczu frisbee w kształcie kości, o głębokim kolorze indygo, które to na dodatek było fluorescencyjne... 
Ale pomijając mój wypaczony umysł, muszę przyznać, że Arka chyba znalazła swój mózg. Albo jest na bardzo dobrym tropie. A ponieważ właścicielka zgubiła swój, pies musiał cierpieć. Ale grzecznie pozował na smaczki:


Bu!

Ale co, nie będzie za to smaczków??
 Ile ja przygód miałam ze sklepem internetowym przez ten kocyk, to już się nie będę rozpisywać. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy.

Na dzisiejszym treningu poszło nam świetnie. Już dawno nie byłam tak dumna z Małego Zła, jak dzisiaj. Pięknie się skupiała, ładnie biegła, poprawiła się jej technika skoku (choć nie jest jeszcze w 100% idealnie, to widać, że domowe ćwiczenia przynoszą efekty, z czego jestem bardzo zadowolona), jest też o wiele spokojniejsza. Na prawdę jest lepiej.
Pozostaje tylko kwestia mojego ogarnięcia się, znajdowania w odpowiednich miejscach. Staram się i staram, dzisiaj zwróciłam uwagę na jedną sprawę, to inna się pojawiła. Jeszcze trochę mi to zajmie :)

Jedno z najlepszych zdjęć Arki, jakie posiadam:
Dzięki uprzejmości Tomasza

Jak wiadomo, końcówka października to czas odwiedzin u rodziny. Nie ominęło mnie też to, dzielnie ruszyliśmy na podbój progów mojego chrzestnego. Tam wreszcie miałam okazję po długim czasie zobaczyć najwspanialsza Labradorkę, jaką widziałam - czułą względem ludzi, niesamowicie wesołą, chętną do zabawy zawsze, na dodatek z udowodnionym wspaniałym wyglądem według wzorca i wspaniałym instynktem. Jako że pomaga wujkowi podczas polowań, sprawdza się w tym, do czego została stworzona ta rasa, jest przy tym niesamowicie szczęśliwa. A wujek przy nas tylko ją dręczy mówiąc jakby do siebie "A może dzisiaj pójdziemy na kaczki? Nie no, chyba jednak nie, już późno...".
Mam kolejną motywację (co raz więcej ich znajduję!) do ćwiczeń z Arką, by mogła przyjechać tam z nami, poczuć to świeże powietrze, pobiegać po tych zielonych łąkach. Już teraz dałoby się z nią pojechać bez problemu, gdyby nie przymus spotkania dwóch psów w jednym domu. Może za rok...
Trochę zdjęć z wycieczki:



Dlatego nie jestem przeciwna myśliwym




Gdy patrzę na chęć do pracy Labradorki, zastanawia mnie, poco niektórzy ludzie trzymają psa konkretnej rasy. Terriery obecnie stały się maskotkami dla nastolatek, spaniele chodzą całe życie na flexi, retrievery znają tylko beton miasta, a owczarki czasami tylko pobawią się w jakieś sporty. Sama nie jestem lepsza, bo używam owczarka tylko do sportu, ale zastanawia mnie, co będzie z rasami w przyszłości, jak bardzo zachowa się różnorodność predyspozycji pod kątem pracy.

Może koniec tych przemyśleń?
Miał być filmik ,ale z powodu Wielkiego Sprzeciwu i Zmowy urządzeń elektronicznych, może pojawi się on w przyszłym tygodniu...

"Teraz śnię, po prostu śnię
W zmęczonej wyobraźni..."

niedziela, 23 października 2011

Dzień dobry, zakupocholiczka jestem!

U siebie zauważyłam nieciekawą przypadłość powodującą opróżnienie portfela za każdym zbliżeniem się do sklepu zoologicznego. Lubię kupować nowe rzeczy, a jeżeli jeszcze są to nowe artykuły dla mojego zwierza, to aż nie mogę się powstrzymać. Tak też wyprawa po kaganiec zakończyła się dodatkowo nową super piłką (nieźle się odbija, a kolorek dobry na zimę :) ) i smaczkami.
 Jeszcze o ile smaczki okazały się całkiem dobre, piłka też zainteresowała psa (nawet bardzo :) ) o tyle kaganiec jest Jednym Wielkim Złem. No i okazał się za duży. Kupienie temu psu namordnika pasującego do pyska graniczy z niemożliwością... Ale czego się spodziewać po mordce bordero-szelciaka?

Widzę, że nie rozwijamy się ostatnio. Z powodu moich dodatkowych kursów musiałam zrezygnować na 3 weekendy z treningów (dzisiaj jest jeden z tych dni bez biegania). Czy będę mądrzejsza, nie wiem, na pewno będę bardziej wymęczona, ale 300zł za jedną nieobecność skutecznie trzyma mnie na zajęciach. A co pies na to? Zaczął codziennie witać mnie w sposób, który przyprawia rodzinę o zazdrość a mnie o wątpliwości. Niezliczone piski, skoki, kręcenie się w kółko, "udawanie zajączka" martwią mnie, bo nie chcę, by potem przerodziło się to w coś gorszego. Dlatego postanowiłam być zimną jak lód i witać się z psem dopiero po ochłonięciu. Mam nadzieję, że to pomoże.
Ponieważ nie było nas na treningach, trochę dziergamy w domu. Technika skoku nadal jest pod obserwacją, ale jestem zadowolona z efektów. Mam nadzieję, że ten mały czarno-biały łepek zapamięta sobie, że tak się skacze o wiele lepiej. Dodatkowo uczymy się wysyłania z obieganiem słupka. Fajna rzecz, pies szczęśliwy, piłkę dostaje, tylko trawy coraz mniej wokół...
Ale, że co? Ja mam to obiec?
A tak się zastanawiałam, czy by nie usunąć tego słupka, bo mi przeszkadzał w koncepcji ogródka, a tu nagle się przydał :)
Cierpię, gdy kolejne godziny muszę spędzać poza domem, zamiast hasać sobie po parku lub polach z Małą. Odliczam już dni, gdy będę miała choć trochę więcej wolnego czasu...

niedziela, 16 października 2011

Why so serious?

Dzisiejszy dzień pokazał mi, jak uprawianie sportów może być stresujące.
Wiadomo, że czasami presja jest bardzo duża, człowiek denerwuje się przed startami. Jest to normalne, choć można też nad tym pracować.
Dzisiaj widziałam jak bardzo różne niepowodzenia, gorszy dzień, trochę nieporozumień może wpłynąć na zachowanie osoby, którą uważałam za zafascynowaną agility, spokojną i dążącą do perfekcji. Przykro jest widzieć łzy w oczach dziewczyny tak dużo wiedzącej na temat niepoddawania się i współpracy z psami po tym, jak psiak trochę mniej chciał współpracować.
Z doświadczenia wiem, że zdarzają się dni, momenty i sytuacje, gdy pies gorzej współpracuje. Nie wspominając już o tym, że całe posłuszeństwo trzeba wypracować, jakieś ułamki procent populacji psów ma od urodzenia wyrobione posłuszeństwo. Dlatego nie ma co się załamywać, gdy pies nie wraca od razu na wołanie, wystarczy poćwiczyć.

Mam nadzieję, że więcej osób zrozumie, że sporty są na prawdę fajne, mogą być świetną zabawą, ale przegrana nie jest końcem świata. Nawet jeżeli na jednych zawodach nam się nie powiedzie, nie ma co się poddawać. A już szczególnie na treningach, które służą doskonaleniu się a nie załamywaniem.

Tak przynajmniej ja podchodzę do sprawy. Na dzisiejszym treningu zauważyłam, że pies już bardzo ładnie wykonuje polecenia, jest skupiony, czeka na start, idzie za ręką...A gdy przypomnę sobie, co było jeszcze pół roku temu... Teraz widzę, że do mnie należy ćwiczenie, by lepiej i efektowniej biegać, nie zagapiać się, nawiązywać z Arką kontakt w newralgicznych momentach. Pozostaje tylko jeszcze więcej ćwiczyć.

Choć czasami nie jest miło słyszeć za każdym przebiegiem co złego się zrobiło, czemu tak zrobiłam itd. Ale mimo, że zawsze potem jest mi głupio, lepiej słyszeć takie słowa i poprawiać się, niż obrażać i załamywać, że znowu coś źle wyszło.

Dużo udało mi się osiągnąć z Arką. Były momenty załamania i czasami wątpiłam, czy moja prac ma sens, czy kiedykolwiek coś się zmieni. Teraz widzę, że załamaniem się niczego bym nie osiągnęła.

wtorek, 11 października 2011

Drugie urodziny Arki!

Tak, dokładnie dzisiaj Arosława kończy szlachetne dwa lata. Z tego też powodu notka przesunęła się z tradycyjnej niedzieli na wtorek :) Miało być długo - nie będzie, powodem brak weny :)
Nie świętowałyśmy jakoś bardzo hucznie tego dnia. Niestety sprawy wyższe zatrzymały mnie poza domem na cały dzień i dopiero wieczorem, mogłam wreszcie wtulić się w czarno-białą sierść i szepnąć w uszko "wszystkiego najlepszego". Prezenty jeszcze się szykują, mam nadzieję, że kiedyś dotrą... Specjalnie na ten dzień przygotowałam nawet specjalne danie zamiast torciku, tym razem bardziej naturalnie niż w zeszłym roku, bo oprócz mięska znalazła się tam galaretka z kurzych łapek i smakołyki :).
Nareszcie miska była pusta po paru minutach!

Również specjalnie na tę okazję przygotowałam filmik przedstawiający malutką część z naszych przygód. Zrobiony w szybkim tempie, z muzyka, która dużo dla mnie znaczy. Z ta melodią wiążę najlepsze wspomnienia i mam nadzieję, że Arka również do nich dołączy. Kto mnie poznał, ie, że mam ją nawet ustawioną jako dzwonek w telefonie.



Malutka od zawsze była rozkosznym psem, godzinami mogła zająć się zwykłym pojemniczkiem po jogurcie. Jej podniesiony jak chorągiewka ogonek rozbawiał nas wszystkich do łez.
W psim przedszkolu wiodła prym, umiejąc już wszystko, co inne szczeniaki dopiero poznawały. Mimo wielu naszych problemów z psychiką, w wieku 4 miesięcy udało nam się zakończyć kurs.
Przez te wszystkie miesiące poznawałyśmy się nawzajem, próbowałyśmy różnych sportów - frisbee, agility, obedience, pasienie. Niektóre wychodziły i wychodzą nam lepiej, inne gorzej, najważniejsze, że zawsze dobrze się bawimy.

Choć nie zawsze wszystko było idealnie, choć zdarzały się łzy, gniew, poczucie bezsilności i zagubienia, choć mój pies miał mieć całkowicie inne przeznaczenie, czuję, że Arka jest tym psem, na jakiego po prostu musiałam trafić. Niesamowicie dużo nauczyłam się o szkoleniu i prowadzeniu "trudniejszych" psów, poznałam wielu wspaniałych ludzi, a także jednych z najlepszych i najgorszych szkoleniowców (przynajmniej w Warszawie).

Obecnie zgrałyśmy się już. Czasami zdarzają się gorsze dni, gdy nasza komunikacja nie jest stuprocentowa, ale przeważnie wystarczy jedno słowo, gest, ruch ciała, by pies wiedział o co dokładnie mi chodzi. Właśnie o tym marzyłam i ciesze się, że wreszcie osiągnęłam chociaż w stopniu podstawowym.

Mam nadzieję, że dane nam będzie jeszcze wiele chwil razem, gdy do końca "dotrzemy się", uda nam się osiągnąć coś w agility i być może innych sportach. Jak na razie, pozostaje nam cieszyć się sobą! :)